DZIEŃ PRZED PREMIERĄ "Dance, sing love. W rytmie serc" [Recenzja #67]



UWAGA, RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY Z TOMU PIERWSZEGO!

Po tragicznym wypadku na lotnisku Livia musi walczyć o odzyskanie pełnej sprawności, jej kariera tancerki staje pod znakiem zapytania, a wspomnienia feralnego dnia nie przestają jej nawiedzać. Z pomocą swojego chłopaka Jamesa oraz innych przyjaciół walczy o swoje marzenia, ale czy jej miłość przetrwa, kiedy życie wystawia naszych bohaterów na kolejne próby?

Już na początku muszę przyznać, że seria "Dance, sing, love" to dla mnie jedno wielkie guilty pleasure. Z niecierpliwością oczekiwałam tomu drugiego, ponieważ od pierwszego nie mogłam się oderwać. Chociaż zakończenie "Miłosnego układu" wydawało mi się zupełnie oderwane od całej historii, to i tak postanowiłam dalej śledzić losy Liv i Jima.

"Życie nie było czarno-białe. Miało także odcienie szarości i to właśnie z tym miałam do czynienia. Nic nie było proste i oczywiste."

Livia i James to bohaterowie bardzo charakterystyczni. Na jednej stronie ich lubiłam, a na drugiej już nie znosiłam, ale najważniejsze jest dla mnie to, że ani na moment nie pozostawali mi obojętni. Czytając tę książkę znajdziecie się w świecie muzyki, wielkiej namiętności i sławy. Zobaczycie świat gwiazd od drugiej strony i sprawdzicie, jak powstają plotki pojawiające się na portalach. Autorka pokazuje nam tak odległy świat celebrytów w sposób, który nie pozwoli Wam się oderwać ani na moment.

W "W rytmie serc" Layla Wheldon podrzuca bohaterom kolejne kłody pod nogi i kiedy jeden problem udaje się rozwiązać, to drugi już na nich czeka. Nie daje wytchnienia tej parze, a fabuła nie zwalnia. Dzieje się naprawdę dużo, a czytelnik nie ma chwili na nudę.

"Nie zamierzałam się załamywać. Otarłam się o śmierć. Po czymś takim ludzie zaczynają inaczej patrzeć na świat."

Muszę jednak wspomnieć o minusach. Sądziłam, że drugi tom skupi się głównie na odzyskiwaniu sprawności i próbach pozbywania się traumy związanej z wypadkiem. W związku z tym wątkiem oczekiwałam więcej! Więcej dramatyzmu, więcej napięcia związanego z powracaniem do formy i odbudowywaniem na nowo kariery. Żałuję, że autorka zamiast skupić się na jednym, konkretnym problemie, podrzuca nowe. Muszę przyznać, że spodziewałam się również spektakularnego zakończenia, które sprawi, że na kolejny tom będę czekać z jeszcze większą niecierpliwością.

"Żyłam. W tej chwili naprawdę to do mnie dotarło. Dostałam od losu drugą szansę i zamierzałam z niej skorzystać."

Co jest największą zaletą tej serii? Nieprzewidywalność. Nigdy nie wiemy, co wydarzy się w następnym rozdziale, możemy się spodziewać wszystkiego i dzięki temu książkę czyta się zadziwiająco szybko. Zaledwie dwa dni zajęło mi pochłonięcie tej powieści. Styl Layli Wheldon nie jest idealny, w powieści nadal momentami czuć amatorski, wattpadowy klimat, ale jest w tym coś, co sprawia, że na wszystkie błędy przymykam oko i najchętniej czytałabym bez przerwy aż do samego epilogu.

Ocena:6/10

Liczba stron: 429
Wydawnictwo: Editio
Seria wydawnicza: Editiored
Seria: Dance, Sing, Love

Za możliwość dalszego poznawania losów Livii i Jamesa dziękuję wydawnictwu Editio.

Polska Anna Frank, czyli "Rutka" - Zbigniew Białas [Recenzja #66]

Sześćdziesiąt lat po wojnie ujawniony został krótki dziennik Rutki Laskier, który wstrząsnął ludźmi i stał się historyczną sensacją. Zbigniew Białas na podstawie dziennika rekonstruuje historię dziewczynki, która żyła w czasach brutalnych i nieludzkich. Fabularyzując kolejne wydarzenia autor ukazuje nam wstrząsającą historię o dorastaniu w czasie wojny.

"Wątpienie jest w swej istocie wiarą, podobnie jak wiara zawiera w sobie wątpienie, gdyż wiara i wątpienie nie są przeciwieństwami. Są swoim koniecznym dopełnieniem. Wątpcie więc do woli, tym cenniejsza będzie wasza wiara."

Rutka Laskier nazywana jest polską Anną Frank. Muszę przyznać, że to porównanie jest naprawdę trafne, a w powieści Zbigniewa Białasa zauważam wiele motywów inspirowanych jej dziennikiem. Mam nadzieję, że ponowne opisanie losów tej nastoletniej dziewczynki sprawi, że więcej osób zainteresuje się polskim odpowiednikiem Anny Frank.

Historia Rutki, to historia o dojrzewaniu w czasach, w których dzieciom stopniowo odbierano normalne życie. Początkowo beztroska bohaterka, która marzyła o pierwszej miłości, musi zrezygnować ze wszystkich swoich pragnień i walczyć o życie. Zauroczenie Rutki i jej kolegi Janka musiało zejść na drugi plan, a młodzi bohaterowie musieli skupić się na przetrwaniu.

"Gdybym prowadziła tutaj swój dziennik, musiałabym zrobić taki zapis, że zapewne zaczynam ostatni etap życia. A jeszcze parę miesięcy temu mogłam myśleć, że chciałabym od Janka dostać kwiaty, na przykład kwiaty, które pachną tak odurzająco."

Zbigniew Białas pokazuje nam wojnę widzianą przez niewinne dziecko, które stopniowo zdaje sobie sprawę z brutalności świata, w którym żyje. Dojrzałość i wrażliwość młodej bohaterki chwyci za serce każdego czytelnika.

Czytając o Holocauście widzimy tylko liczby, dowiadujemy się, ile osób w przybliżeniu zginęło. Nie wiemy nic więcej, być może część z nas potrafi przybliżyć kilka wybitnych jednostek, które wyróżniły się jakimiś dokonaniami w czasie wojny. Jak często jednak zastanawiamy się nad życiem zwyczajnych rodzin? Ludzie, którzy musieli zamienić swoje codzienne życie w nieustanną walkę o przetrwanie. Historie takie jak ta pokazują, że ludzie, którzy ginęli mieli swoje marzenia, przeżywali swoje pierwsze miłości. Żyli tak jak my, dopóki to wszystko nie zostało im brutalnie odebrane.

"Ale może w takich czasach trzeba wszystko zapisywać? Z poczucia odpowiedzialności za każdą chwilę...?"

Zawsze kończę swoje recenzje oceną w skali od 1 do 10. Tym razem długo zastanawiałam się, jak ocenić tę książkę. Czy może powinnam ocenić ciekawość historii, czy to jak Zbigniew Białas rekonstruował kolejne wydarzenia opierając się na krótkim dzienniku? Tej książki nie da się ocenić na podstawie tych aspektów. Tę książkę powinien przeczytać każdy, a ja po prostu ocenię ją na 10 za to, co za sobą niesie.

Ocena: 10/10

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG
Liczba stron: 128

Za możliwość poznania historii polskiej Anny Frank dziękuję Wydawnictwu MG.

"Miłość i inne zadania na dziś" - Kasie West [Recenzja #65]

Czy warto sięgać po książkę autora, na którym już raz się zawiedliśmy? Czy warto dawać sobie drugą szansą z autorami książek, które wspominamy źle? Szczerze? Robię to naprawdę rzadko. Tym razem propozycja pojawiła się sama, więc dlaczego nie spróbować?

Z czwórki przyjaciół w mieście na wakacje pozostaje tylko Abby i Cooper, któremu kiedyś dziewczyna wyznała miłość, ale on zbył ją śmiechem. Nieszczęśliwie zakochana Abby postanawia oddać się swojej pasji i spełnić swoje marzenie o wystawieniu swoich obrazów w miejscowym muzeum. Jej prace zostają jednak odrzucone z powodu niedostatecznej głębi. Dziewczyna postanawia stworzyć listę zadań, których wykonanie zapewni jej zdobycie nowych doświadczeń. Czy poszukując w sobie prawdziwej artystki, odnajdzie odwzajemnione uczucie?

"Miałam na myśli innego typu doświadczenia. Bo jakie pomogą mi odkryć we mnie głębię, odnaleźć w sobie serce? Pryszło mi do głowy, że powinnam czerpać inspirację z życia, nie z obrazów. I nie tylko inspirację, ale też emocje."

Z twórczością Kasie West miałam już okazję spotkać się kilka miesięcy temu (link do recenzji). Przy tamtej okazji zniechęciłam się do tej autorki na tyle, że po tę lekturę sięgałam ze sporą dozą dystansu i sceptycyzmu. Poprzednia książka wydawała mi się aż zbyt lekka, zbyt płytka, nawet jak na młodzieżówkę. Kiedy jednak otrzymała propozycję przeczytania jej kolejnej książki, postanowiłam dać tej autorce drugą szansę i muszę przyznać, że warto było pokonać swoje uprzedzenia.

Bohaterów polubiłam już na samym początku. Zarówno Abby, jak i Coopera cechuje świetne poczucie humoru. Oboje mają też swoje wady, co czyni ich mniej wyidealizowanymi postaciami. Oczywiście szczególnie kibicowałam dziewczynie, ponieważ to właśnie ją poznajemy lepiej i z jej problemami mamy styczność.

"Ze wszystkim można sobie dać radę dzięki ciężkiej pracy albo dzięki uporowi, albo przez to, że nigdy się nie poddamy, czy też za sprawą Boga."

Bardzo podoba mi się motyw poszukiwania inspiracji przez główną bohaterkę. Zmotywowana do zdobywania kolejnych rozwijających życiowych doświadczeń Abby nakłania czytelnika do tego samego. Do poszukiwania magii w monotonnym świecie, do przesuwania swojej strefy komfortu i poznawania siebie na nowo.

Jaka jest idealna powieść na lato? Właśnie taka jak "Miłość i inne zadania na dziś". Lekka, opowiadająca o wydarzeniach z wakacji, z zabawnymi bohaterami i przyjemnym stylem. Podobało mi się, ale co jeśli podobało mi się, ponieważ nie oczekiwałam zbyt wiele? Nie wiem, ale wydaje mi się, że TA powieść Kasie West jest świetną propozycją dla wielu nastolatek (i nie tylko). Powieść czytałam z uśmiechem na ustach, a właśnie chyba to mają na celu wszystkie tego typu książki.

Ocena: 7/10

Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 416
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski

Jeżeli Wy też chcecie przeczytać o historii Abby i Coopera, to klikając w baner poniżej, przeniesiecie się na stronę księgarni dadada.pl, gdzie tę książkę kupicie za jedyne 21,98zł :)

"Tańcząc na czubkach palców" - Gabriela Anna Kańtor [Recenzja #64]

Jak dobrze rozpocząć wakacje? Z pewnością fenomenalną książką, przecież to właśnie w wakacje mamy najwięcej czasu na ich pochłanianie i zachwycanie się kolejnymi historiami, więc dzisiaj po przerwie związanej z sesją, wracam do Was z moją pierwszą wakacyjną lekturą. Czy na pewno udaną? Przekonajcie się sami.

Powieść opowiada o życiu Pauliny, której losy śledzimy przez trzy kolejne etapy życia: jako bezbronne dziecko, optymistyczną młodą dziewczynę i dojrzałą, świadomą siebie kobietę. Czytamy o bohaterce, która nieustannie próbuje przezwyciężyć poczucie samotności, zmagając się z codziennymi problemami. Jest to historia o walce z demonami przeszłości i o ciągłym poszukiwaniu szczęścia.

"Człowiek, żałosne niebożę, zawsze jest wystawiony do wiatru. Niezależnie od tego, jak żyje, co umie, czego dokonał i co jeszcze stworzy, jakimi ludźmi się otacza. Cokolwiek by udawał przed samym sobą, cokolwiek by mówił, odegrał na białym fortepianie, chóralnie odśpiewał, wyrył na wołowej skórze, czy odtańczył - koniec końców zawsze go to dopada: poczucie bycia pojedynczym."

Gabriela Anna Kańtor w swojej książce porusza tematy trudne. Poczynając od przemocy domowej, przez nieszczęśliwe małżeństwa, po indywidualne ograniczenia, przeprowadza swoją główną bohaterkę, naznaczając ją kolejnymi trudnościami. Poznając prawie cały przekrój życia Pauliny, spodziewałam się, że będę czytała o niej z zapartym tchem, nieustannie kibicując jej na życiowych zakrętach.

Niestety losy naszej postaci przez całą lekturę pozostały mi obojętne. Kobiety nie miałam za co polubić, ale nie miałam jej też za co nie znosić, była po prostu nijaka. Autorka przez kolejne wydarzenia próbowała pogłębiać portret psychologiczny i z papierowej bohaterki uczynić kobietę z charakterem, według mnie jednak nieudolnie.

"Stare osmańskie przysłowie mówi, że przeszłość to otwarta księga dla tego, kto chce poznać przyszłość. Może z tej przyczyny wraca się nawet do zmarnowanych lat i bezwiednie powiela pochodzące stamtąd schematy."

Naprawdę chciałabym powiedzieć, że ta powieść podobała mi się, lub przynajmniej była mierna, ale niestety według mnie jest po prostu męcząca. Już sama budowa nie trafiła w mój gust. Tekst podzielony na zbyt wiele części i oporny styl nie pozwoliły mi zaangażować się w całą historię.

W tekście znajdziemy wiele pięknych przemyśleń autorki, które moglibyśmy oprawić w ramkę i czytać codziennie. Jednak sądzę, że również ich jest zbyt wiele. Pojawia się wiele udanych, ale również wiele nieciekawych złotych myśli, które można by "wyciąć", aby pozbyć się natłoku refleksji i rozluźnić narrację.

"Czasem pewne historie muszą się wydarzyć, żeby się odtąd wiedziało, że nie powinny były."

Być może nie należę do grupy docelowej, ale jestem pewna, że w tym gatunku literackim, można odnaleźć krocie lepszych książek. Z przykrością muszę stwierdzić, że "Tańcząc na czubkach palców" to kolejna obyczajówka, którą umieściłabym znacznie poniżej tych przeciętnych.

Ocena: 3/10

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictu MG.

"Ten pierwszy rok" - Tom Ellen i Lucy Ivison [Recenzja #63]

Studia to kolejny etap na drodze naszego życia. Phoebe rozpoczynając pierwszy rok na nowej uczelni, nie spodziewa się, że kolejny raz wpadnie na chłopaka, za którym szaleje od liceum. Mimo kilku wspólnie spędzonych lat w poprzedniej szkole, ich drogi przecinają się dopiero na uczelni. Para poznaje się coraz lepiej, próbując odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Luke i Phoebe opowiadają nam o hucznych imprezach, o przyjaźniach kolejnych wpadkach i wzlotach.

Sama w tym roku rozpoczęłam studia i być może, dlatego sięgnęłam po tę książkę. W końcu chciałam skonfrontować rzeczywistość z tym, co opisali autorzy. Ostatecznie powieść potraktowałam bardziej komediowo. Pierwszy raz czytałam, śmiejąc się w głos. Przy jednym z fragmentów dosłownie musiałam zamykać książkę, żeby nie zwrócić uwagi innych osób w autobusie miejskim swoim zduszonym śmiechem.

"Musiałem się skupić, poukładać sobie to wszystko w głowie, rozjaśnić myśli. Uznałem, że jest na to tylko jeden sposób: narąbać się w trupa."

Moje serce od samego początku skradła Phoebe i jej przyjaciółki. Dziewczyny z bezbłędnym poczuciem humoru i z cudownie bezpośrednim podejściem do siebie nawzajem. Kiedy główna bohaterka potrzebowała pomocy, one zawsze wyciągały ją z opresji, nawet w najbardziej ekstremalnych sytuacjach. Niektóre rozmowy wydawały mi się wprost zapisane z moich rozmów z przyjaciółkami. Autorzy idealnie przedstawili esencję kobiecej przyjaźni.

Jeśli chodzi o główny wątek naszej dwójki, to po prostu nie da się im nie kibicować. Od samego początku polubiłam tę dwójkę i bardzo podobało mi się to, że całą historię mogłam poznać z obu perspektyw. Bardzo lubię ten sposób narracji, ponieważ pozwala on lepiej poznać bohaterów, a cała historia nie staje sie jednostronna.

"Nie wiem. Z tego by wynikało, że nikt tak naprawdę nie widzi drugiej osoby. Straszne."

Jestem jednak przekonana, że niektórych mogą urazić litry przelewającego się na kartkach alkoholu, pijackie imprezy i wulgarne rozmowy. Nie jest to książka dla najmłodszych czytelników, będzie jednak idealna dla osób krótko przed studiami, lub właśnie dla "początkujących" studentów.

Podsumowując, "Ten pierwszy rok" to książka prześmieszna, która pozwoli Wam się rozluźnić po męczącym dniu. Nie znajdziecie w niej absolutnie nic pouczającego i może właśnie to jest w niej najfajniejsze. Jeśli chcecie obejrzeć kolejną głupią komedię, to może tym razem lepiej ją przeczytać?

Ocena: 7/10

Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
Liczba stron: 360
Wydawnictwo: Jaguar

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję portalowi czytampierwszy.pl



"Wieczór filmowy" - Lucy Courtenay [Recenzja #62]

Hanna to typowa nastolatka, której chłopakiem jest bożyszcze nastolatek. Bez pamięci zakochana dziewczyna przeżywa szok przyłapując przystojnego Dana z jej koleżanką na sylwestrowej imprezie. Zapłakanej dziewczynie na pomoc przybywa wieloletni przyjaciel Sol, który z kolei bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że chce być dla niej kimś więcej niż przyjacielem. Zagubiona Hanna traci przyjaciółki i próbując odzyskać Dana, spycha Sola na drugi plan. Czy w końcu jednak zrozumie, że prawdziwa miłość jest tuż obok?


"Życie jest naprawdę dziwnym występem na żywo, w którym nic nie ma sensu, ludzie wchodzą na scenę i z niej schodzą bez powodu, miotając się we wszystkie strony."

Losy bohaterów śledzimy wyrywkowo i z obu perspektyw, co uważam za sporą zaletę. Nie czytamy o codzienności, tylko o najważniejszych wydarzeniach w ciągu roku. Narracja prowadzona przez obydwoje bohaterów staje się coraz powszechniejsza, a ja należę do zwolenników tego rozwiązania. Autorka w ten sposób pozwala nam na lepsze poznanie tej dwójki i zaagażowanie się w całą historię. 


"Nie można się cofnąć do poprzedniej sceny, skorzystać z napisów ani wyciąć czegoś, co nam się nie podoba."

Hanna i Sol są pasjonatami kinematografii, pod koniec każdego miesiąca wspólnie spotykają się na seansach filmowych, które mają stanowić pewnie pociesznie dla dziewczyny. Wybierane tytuły to najczęściej klasyki, które w pewien sposób nawiązują do aktualnych wydarzeń. Przechodzimy od "Śniadania u Tiffany'ego" aż do "Gwiezdych wojen" i chociaż z przykrością muszę przyznać, że żadnego z wymienonych 12 filmów nie widziałam, to Lucy Courtenay skutecznie zachęciła mnie do zapoznania się z nimi.

Zawsze przy powieściach młodzieżowych pojawia się pytanie, czy ta książka również jest tak schematyczna i otwarcie można powiedzieć, że jest. Cała fabuła nie jest niczym odkrywczym, znam setki takich historii z różnych książek i filmów, ale muszę przyznać, że lubię ten schemat i sięgać po tego typu historie będę dalej. Nic tak nie działa na "kaca książkowego" i nic tak nie zabija czasu w nudne wieczory jak typowa niewymagająca powieść.

"Życie to nie film, Hanno. W prawdziwym życiu ojcowie nie odchodzą od swoich dzieci, bez oglądania się za siebie, przypadki nie mają poważniejszych konsekwencji, a matki nadal nienawidzą swoich synów, nawet po tym, jak zostaną prawie zamordowane przez ich koty."

Podsumowując, uważam, że "Wieczór filmowy" to naprawdę przyjemna historia, która staje się jeszcze ciekawsza dzięki nawiązaniom do kinematografii. Jeśli mówię, że mam ochotę na młodzieżówkę, to chodzi mi właśnie o tego typu książkę. Być moze Lucy Courtenay nie zaskoczyła mnie, ale zapewnila kilka bardzo sympatycznych wieczorów z tą książką w ręce.


Za możliwość przeczytania "Wieczoru filmowego" dziękuję wydawnictwu YA!


Wydawnictwo: YA!
Liczba stron: 286
Tłumaczenie: Grażyna Woźniak

"Manufaktura codzienności" - Joanna Matusiak [Recenzja #61]

"Manufaktura codzienności" to myśli zebrane autorki. Pani Joanna jak najczęściej starała się zapisywać swoje przemyślenia w krótkich notkach. Teraz zebrała je, złożyła w jedną całość i stworzyła z nich książkę, w której mówi o tym, jak celebruje życie, jak z niego czerpie i jak chłonie otaczającą ją rzeczywistość.

"I wtedy nauczyłam sie, że i ja - dorosła - mogę jak dziecko każdego dnia oczekiwać najlepszego."

Czy to książka o rozwoju osobistym? Absolutnie nie. W książce nie znajdziecie porad, jak żyć. Nie znajdziemy tam klucza do naszego szczęścia, a raczej sposób na szczęście autorki. Książka jest tak osobista, że ciężko odnieść to, co w niej znajdziecie, do swojego życia. Początkowo był to dla mnie problem nie do przeskoczenia, bo przecież po to czytam, aby coś z tej lektury "wynieść".

Problemem była dla mnie też niespójność. Urywane myśli autorki nie łączą się ze sobą w żaden sposób. Czytanie tej książki jest, jak czytanie dziennika, w którym Pani Joanna Matusiak zapisywała swoje przemyślenia w kilku krótkich akapitach. Z drugiej strony można to uznać również za zaletę, ponieważ możemy otworzyć książkę na dowolnej stronie i czytać wyrywkowo poszczególne fragmenty. Życie przedstawione w książce jest dla mnie niestety też zbyt słodkie. Brakuje czegoś gorzkiego, w końcu czasem każdy z nas bywa pesymistą, przechodzi gorszy moment i nie potrafi cieszyć się pięknym widokiem, czy dobrą kawą.

"Jeśli odbieramy tylko zło - zło w nas zostaje i nas zatruwa. Narzekanie jest rakiem dla duszy, dla umysłu. Nie wolno karmić raka duszy."

I chociaż moje odczucia odnośnie tej książki już od kilku pierwszych stron były mieszane, to w pewnym momencie czytanie jej zaczęło mi sprawiać przyjemność. Po prostu czytając, jak autorka zachwyca się światem, zaczynałam się uśmiechać. Być może książka nie motywowała mnie do jakichś zmian w swoim życiu, ale napawała mnie w pewien sposób dobrą energią.

Cudowne w tej książce jest to, że nieważne na jakiej stronie otworzycie "Manufakturę codzienności" to na pewno znajdziecie na niej słowa, które moglibyście oprawić sobie w ramkę i patrzeć na nie codziennie, żeby poczuć się lepiej, żeby właśnie się uśmiechnąć. No i jest coś jeszcze, WYDANIE. Ta książka jest tak piękna, że z radością stawiam ją na swojej półce. Wypełniona pięknymi zdjęciami, w niecodziennym formacie, z połyskującym tytułem i złotą wstążeczką, po prostu wow.

"Bo dawać i brać to podwójnie być obdarowanym."

Pomimo wszystkich zarzutów moje wrażenia po przeczytaniu są pozytywne. Czytanie jej z czasem stało się dla mnie przyjemnością, a skoro autorka sprawiła, że kąciki moich ust choć trochę się uniosły, to znaczy, że warto było po nią sięgnąć. Podsumowując, "Manufaktura codzienności" to dobra książka, jeśli chcecie rozmarzyć się o życiu idealnym.

Ocena: 6/10

Wydawnictwo: Sensus
Liczba stron: 350

Za wywołanie uśmiechu na moich ustach dziękuję wydawnictwu Sensus.