"Manufaktura codzienności" - Joanna Matusiak [Recenzja #61]

"Manufaktura codzienności" to myśli zebrane autorki. Pani Joanna jak najczęściej starała się zapisywać swoje przemyślenia w krótkich notkach. Teraz zebrała je, złożyła w jedną całość i stworzyła z nich książkę, w której mówi o tym, jak celebruje życie, jak z niego czerpie i jak chłonie otaczającą ją rzeczywistość.

"I wtedy nauczyłam sie, że i ja - dorosła - mogę jak dziecko każdego dnia oczekiwać najlepszego."

Czy to książka o rozwoju osobistym? Absolutnie nie. W książce nie znajdziecie porad, jak żyć. Nie znajdziemy tam klucza do naszego szczęścia, a raczej sposób na szczęście autorki. Książka jest tak osobista, że ciężko odnieść to, co w niej znajdziecie, do swojego życia. Początkowo był to dla mnie problem nie do przeskoczenia, bo przecież po to czytam, aby coś z tej lektury "wynieść".

Problemem była dla mnie też niespójność. Urywane myśli autorki nie łączą się ze sobą w żaden sposób. Czytanie tej książki jest, jak czytanie dziennika, w którym Pani Joanna Matusiak zapisywała swoje przemyślenia w kilku krótkich akapitach. Z drugiej strony można to uznać również za zaletę, ponieważ możemy otworzyć książkę na dowolnej stronie i czytać wyrywkowo poszczególne fragmenty. Życie przedstawione w książce jest dla mnie niestety też zbyt słodkie. Brakuje czegoś gorzkiego, w końcu czasem każdy z nas bywa pesymistą, przechodzi gorszy moment i nie potrafi cieszyć się pięknym widokiem, czy dobrą kawą.

"Jeśli odbieramy tylko zło - zło w nas zostaje i nas zatruwa. Narzekanie jest rakiem dla duszy, dla umysłu. Nie wolno karmić raka duszy."

I chociaż moje odczucia odnośnie tej książki już od kilku pierwszych stron były mieszane, to w pewnym momencie czytanie jej zaczęło mi sprawiać przyjemność. Po prostu czytając, jak autorka zachwyca się światem, zaczynałam się uśmiechać. Być może książka nie motywowała mnie do jakichś zmian w swoim życiu, ale napawała mnie w pewien sposób dobrą energią.

Cudowne w tej książce jest to, że nieważne na jakiej stronie otworzycie "Manufakturę codzienności" to na pewno znajdziecie na niej słowa, które moglibyście oprawić sobie w ramkę i patrzeć na nie codziennie, żeby poczuć się lepiej, żeby właśnie się uśmiechnąć. No i jest coś jeszcze, WYDANIE. Ta książka jest tak piękna, że z radością stawiam ją na swojej półce. Wypełniona pięknymi zdjęciami, w niecodziennym formacie, z połyskującym tytułem i złotą wstążeczką, po prostu wow.

"Bo dawać i brać to podwójnie być obdarowanym."

Pomimo wszystkich zarzutów moje wrażenia po przeczytaniu są pozytywne. Czytanie jej z czasem stało się dla mnie przyjemnością, a skoro autorka sprawiła, że kąciki moich ust choć trochę się uniosły, to znaczy, że warto było po nią sięgnąć. Podsumowując, "Manufaktura codzienności" to dobra książka, jeśli chcecie rozmarzyć się o życiu idealnym.

Ocena: 6/10

Wydawnictwo: Sensus
Liczba stron: 350

Za wywołanie uśmiechu na moich ustach dziękuję wydawnictwu Sensus.

"Królik w Lunaparku" - Michał Biarda [Recenzja #60]

 Trzy różne osoby, Warszawa oraz jeden tajemniczy Królik, który łączy ich losy. Student z genialną pamięcią i ponadprzeciętnym umysłem, licealistka, która próbuje znaleźć swoje miejsce na świecie oraz taksówkarz, który w całą sprawę wplątuje się przypadkiem. Co robić, jeśli wszystkim grozi niebezpieczeństwo, którego sprawcą może być puchaty Królik?

"Królik w lunaparku" to debiut literacki Michała Biardy, a wszyscy wiemy, jak bywa właśnie z debiutami, rzadko po nie sięgamy, bo łatwo można się rozczarować na niesprawdzonym wcześniej autorze. Jednak muszę szczerze powiedzieć, że tym razem w moje ręce trafiła naprawdę dobra powieść, która porwała mnie od pierwszej strony i która na pewno nie pozwoli o sobie szybko zapomnieć.

"Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest, poznać datę własnej śmierci? Czy to łaska pozwalając ułożyć sobie idealne życie (...)? A może wręcz przeciwnie (...) ciągłe robienie sobie wyrzutów za kolejne zmarnowane dni, które raz za razem trafiają do kosza?"

Ze wszystkich wątków najbliższy dla mnie był wątek licealistki Kasi. W literaturze często pojawia się problem przekoloryzowania szalonego życia licealistów. Michał Biarda przedstawia życie młodych ludzi tak, jak naprawdę jest. Nie stylizuje sztucznie ich wypowiedzi na bardziej młodzieżowe, ani nie ubarwia życia swojej bohaterki.

Autor skrzętnie ukrywa przed czytelnikiem rozwiązanie całej zagadki i dopiero pod koniec powieści jesteśmy w stanie połączyć wszystkie wątki w jedną spójną całość. Powieść ciężko zakwalifikować do jakiegoś gatunku, bo może to kryminał, może to thriller, a może nawet momentami New Adult? To właśnie dzięki tej różnorodności po książkę mogą sięgać czytelnicy, którzy pozornie są z innych światów.

"Nie ukrywam, byłem z siebie dumny, aczkolwiek to trochę jak dostać złoty medal w grupie dla początkujących."

Kiedyś na jednej z grup dla blogerów natrafiłam na dyskusję odnośnie tej książki i przeczytałam: "Nie kupuję ze względu na wydawnictwo.". Do teraz jestem zaskoczona takimi komentarzami, być może Novae Res nie należy do najleprzych wydawców, ale daje szansę młodym autorom, co raz wypada lepiej, a raz gorzej. Jeśli chodzi o "Królika w lunaparku" to książka jest bardzo ładnie wydana, a treść ani trochę nie odstaje od ciekawej okładki.

Porywająca, uniwersalna i momentami zabawna. Mam nadzieję, że za jakiś czas o Panu Michale usłyszymy więcej, a ja kolejny raz będę miała okazję zaczytać się w opowiadanej przez niego historii. Lekki styl współgra z ciekawą fabułą, tworząc coś, co powinno przeczytać zdecydowanie więcej osób, doprawdy imponujący debiut.

Ocena: 7/10

Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 318


"Ogród Zuzanny" Tom 1. - Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska [Recenzja #59]

Zuzanna, Krystyna i Cecylia, trzy kobiety, trzy pokolenia, jeden dom w zacisznym miejscu. Każda z nich o innym charakterze i z innym podejściem do życia. Najmłodsza, tytułowa Zuzanna, spotyka swoją pierwszą miłość po latach, kiedy Adam zamawia projekt ogrodu, którym zająć ma się właśnie ona. Kobieta używając języka kwiatów postanawia wyznać swoje uczucia Adamowi, ale czy mężczyzna odnajdzie ukryte przesłanie?

"Kochaj i rób, co chcesz. Ale najpierw kochaj. I zacznij od siebie."

"Ogród Zuzanny" to nie tylko historia głównej bohaterki, autorki angażują czytelnika również w życie innych mieszkańców tej niewielkiej społeczności. Poznajemy przeszłość miejscowego księdza, szefa Zuzanny, a także kilku innych drugoplanowych postaci, z których każda ma swój moment. Najbardziej podoba mi się relacja Krystyny i Cecylii, które z powodu przeciwnych charakterów bardzo często spierają się między sobą, a mimo to tworzą niepowtarzalną więź. Ukazanie relacji między matką i córką, to cały urok "Ogrodu Zuzanny". Zetknięcie tych dwóch kobiet, to prawdziwa mieszanka wybuchowa, więc wystarczy najmniejsza iskra, żeby w ich domu powstała eksplozja.

"Proszę cię o jedno: nie wątp w miłość, daj jej szansę. Jeśli przyjdzie - przyjmij ją z otwartym sercem."

Jeśli coś przeszkadzało mi w całej historii, to żarty, którymi rzucają się bohaterzy. W momentach, które kładły nacisk na humor, zupełnie się nie odnalazłam, ale być może to mnie trudno rozbawić powieścią. Naprawdę rzadko zdarza mi się śmiać w trakcie czytania książki, więc może tylko dla mnie jest to wada.

Czytając książkę, absolutnie zapomniałam o tym, że napisana została przez dwie autorki. Nie jestem w stanie rozpoznać, które części pisała Pani Bednarek, a które Pani Kaczanowska. Ich style przenikają się w niezauważalny sposób i razem tworzą spójną całość. Od technicznej strony nie mam zupełnie nic do zarzucenia, powieść została napisana naprawdę dobrze.

"Miłość, moja Wiolu, to nie motyle w żołądku, skurcze kiszek z nerwów, kołatanie serca i spocone dłonie. Miłość to decyzja. Wybieram Ciebie."

Wydaje mi się, że z biegiem czasu historia będzie zmierzała coraz bardziej w kierunku tych napisanych np. przez Panią Wilczyńską, czy Panią Michalak. Typowe kobiece czytadło na spokojny wieczór, które pozwala uwierzyć w miłość i utożsamić się z bohaterami, których zwyczajne życie, podobne jest do naszego. Właśnie to jest chyba cecha, która przyciąga nas do tego typu literatury, te książki czasem po prostu są o nas.

Ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania "Ogrodu Zuzanny" dziękuję księgarni dadada.pl, gdzie możecie przenieść się klikając w baner poniżej. Aktualnie w tę książkę kupicie tam na promocji za niecałe 25zł.



"Ślad po złamanych skrzydłach" - Sejal Badani [Recenzja #58]

Czasem trafiam na książkę, o której trudno coś napisać. Na książkę, która jest tak ważna, że nie potrafię znaleźć słów, które mogą wyrazić to, jak mnie ona poruszyła. Dzisiaj właśnie o takiej książce, o książce, po którą sięgnąć musicie.

Sonya, Trisha i Marin to trzy siostry, których drogi ponownie przecinają się nad łóżkiem nieprzytomnego ojca. Każda z nich ukształtowała swoje życie w inny sposób, Sonya szukała swojego miejsca na świecie, uciekając przed demonami przeszłości, Trisha odnalazła się w perfekcyjnym domu, a Marin założyła rodzinę i skupiła się na karierze zawodowej. Obserwując ojca, muszą zmierzyć się z mrocznymi wspomnieniami, ale co jeśli to właśnie najbliższy im mężczyzna był sprawcą ich koszmaru?

"Kiedy twoje życie jest mroczną dziurą, wierzysz, że wszystko mija bez żadnego wpływu na ciebie. To, że rozpacz mojej siostry sprawia, że chcę się położyć i płakać, daje mi do zrozumienia, że nie jestem tak bezwartościowa, jak myślałam. Może ojciec nie zabrał mi wszystkiego."

Czytając opis na okładce, umknęły mi słowa "sprawca okrutnej przemocy". Kiedy zaczęłam czytać, myślałam, że będzie to lekka i niewymagająca historia. Jak bardzo myliłam się odnośnie tej powieści. Przemoc domowa to temat bardzo trudny. Jak opisać ten problem, aby nie przekroczyć granicy dobrego smaku, zrobić to dosadnie, ale nadal subtelnie?

Sejal Bandi przedstawia nam 4 bardzo silne bohaterki, każda z nich z mocnym odrębnym charakterem. Nie da się nie podziwiać kobiet przedstawionych w tej książce, ale moją uwagę szczególnie przykłuła postać Marin, perfekcjonistki, która w pracy odnajduje sposób na zapomnienie, a przez to jej relacje z nastoletnią córką pozostawiają wiele do życzenia. Ze wszystkich kobiet to ona najskrzętniej ukrywa swoje emocje i sprawia wrażenie najsilniejszej, chociaż wewnętrze również toczy walkę z przeszłością.

"Zrobiła to dlatego, że nie wierzyła, by córka pokochała ją taką, jaką jest, bez maski, którą stworzyła. Marin nie kochała swojego prawdziwego ja wystarczająco mocno, aby uwierzyć, że ktoś inny ją pokocha."

Mam bardzo duży problem z napisaniem czegoś o tej książce. Rozmiary problemu opisanego w powieści są wielkie, a mówienie o nim nadal jest trudne. Autorka genialnie opisuje uczucia, które ktłują się w głowach ofiar przemocy domowej i chociaż nikt, kogo ten problem nie dotknął, nie może zrozumieć tych kobiet, to i tak Sejal Bandi nas do tego przybliża. Budzi empatię, wstrząsa nie przekraczając granicy oraz ukazuje problem takim, jakim jest.

"Ślad po złamanych skrzydłach" to tak poruszająca książka, że nawet teraz, pisząc to, nie mogę się otrząsnąć. Jestem pewna, że historia wykreowana przez tę pisarkę zostanie w mojej głowie na długo i nie da o sobie zapomnieć. To książka, którą będę polecać każdemu, książka, którą każdy przeczytać powinien. Mam nadzieję, że i na Waszych półkach niedługo się pojawi, ponieważ dawno żadna książka nie wzruszyła mnie w ten sposób.

Ocena:9/10

Za możliwość przeczytania tej wyjątkowej powieści dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Liczba stron: 485
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Barbara Kardel-Piotrowska

"Lab girl" - Hope Jahren [Recenzja #57]

Gdybyście zapytali mi się, jaka jest moja ulubiona autobiografia, nie miałabym zbyt dużego wyboru, ponieważ nie mogę sobie przypomnieć żadnej. Wydaje mi się, że zawsze nieświadomie unikałam takich książek. Sięgałam po biografie, ale nigdy po autobiografie. Dzisiaj nadszedł czas na spróbowanie czegoś nowego i odświeżenie mojej domowej biblioteczki.

Hope Jahren to wielokrotnie nagradzana biolożka, która specjalizuje się w paleontologii. Odkąd pamięta bawiła się w laboratorium ojca i obserwowała przyrodę. Z czasem wraz z przyjacielem Billem zupełnie poświęciła swoje życie badaniom. Z zamiłowaniem opowiada o roślinach i o kulisach pracy naukowców, w sposób taki, że będziecie chcieli więcej, i więcej.

"Nigdy nie przestanę mieć wilczego apetytu na naukę, bez względu na to, jak bardzo go ona karmi."

Od pierwszych stron zdziwiona byłam swoim zainteresowaniem tą książką. Nigdy nie byłam zafascynowana biologią, przyrodę jedynie podziwiałam, nie mając o niej zielonego pojęcia. Nie byłam pewna, czy Hope Jahren nie zarzuci mnie terminami, których nie znam i nie zanudzi swoimi opowieściami o drzewach. Okazało się jednak, że wszystko może być ciekawe, jeśli autor pisze o tym z prawdziwą pasją.

"Miłość i nauka są do siebie podobne pod tym względem, że nigdy nie idą na zmarnowanie."

Autorka długi czas pisała do szuflady, "Lab girl" to jej wydawniczy debiut i nie mogę się nadziwić, jak cudownym stylem pisze, jak prostymi słowami objaśnia abstrakcyjnie trudne dla mnie procesy zachodzące w przyrodzie. Jej miłość do nauki widać w każdych kolejnych słowach.

Nie da się też nie wspomnieć o przecudownym Billu, który pojawia się w książce. Przezabawny, wierny przyjaciel i genialny naukowiec, przedstawiony tak, że nie da się go nie pokochać. Razem z naszą główną bohaterką tworzą parę, której wręcz trzeba kibicować i brnąć w świat nauki wspólnie z nimi.

"Każdy początek to koniec czekania. Każdy z nas ma jedną szansę na tym świecie. Każdy z nas jest jednocześnie czymś niemożliwym i nieuchronnym. Każde w pełni rozwinięte drzewo było najpierw nasionkiem, które czekało."

Hope Jahren wprowadziła mnie w świat, o którym nie miałam pojęcia, w sposób tak fascynujący, że chciałabym, aby opowiadała mi więcej i mam nadzieję, że jeszcze nie raz zobaczę jej nazwisko na okładce książki, i kolejny raz zachwycę się jej stylem.

Ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Edyta Świerczyńska
Liczba stron: 432



Temat tabu, czyli "Żałując macierzyństwa" - Orna Donath [Recenzja #56]

Tytuł tabu, minimalistyczna, ale przyciągająca wzrok okładka, kontrowersyjny temat i prawdziwe świadectwa kobiet. To wszystko wręcz sprowokowało mnie do sięgnięcia po tę pozycję. Tym razem naprawdę mam nadzieję, że również na Was te czynniki zadziałają i książka pojawi się w Waszych biblioteczkach.

"Żałując macierzyństwo" to książka o niezbyt przewrotnym tytule, a raczej bardzo bezpośrednim, ponieważ mówi właśnie o kobietach, które swojego macierzyństwa żałują. Bycie matką w kulturze stało się właściwie częścią bycia kobietą. Socjolog Orna Donath spotyka się z kobietami, które postanawiają opowiedzieć jej o swoich doświadczeniach, o kobietach, dla których macierzyństwo nie jest spełnieniem marzeń, ale koszmarów. Jak radzą sobie w świecie pełnym potępienia, osamotnione w swoim uczuciu? Jak wychowują swoje dzieci i co zrobiłyby gdyby mogły przeżyć swoje życie na nowo?

"Jest taka powszechna prawda, takie założenie, że my wszystkie chcemy mieć dzieci i nie będziemy szczęśliwe, jeśli nie będziemy ich miały. (...) Mam troje dzieci. To nie jest łatwe. Istnieje silna dychotomia między treściami przekazywanymi przez społeczeństwo a Twoimi uczuciami."

Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o opinię na temat macierzyństwa to należę do większości. Zawsze wydawało mi się, że bycie matką jest częścią kobiecości i dla każdej kobiety powinien przyjść czas na podjęcie takiej decyzji. Nie rozumiałam, jak widząc malutkie stworzenie, można powiedzieć: "żałuję macierzyństwa". W dzisiejszym społeczeństwie wypowiedzenie takich słów, jest traktowane niczym przestępstwo, ale czy da się to zrozumieć?

Orna Donath przywołuje historie różnych kobiet. Kobiet, które zdecydowały się na macierzyństwo z różnych powodów, kobiet w różnym wieku i z różnymi doświadczeniami. Każda z nich deklaruje, że gdyby mogła cofnąć czas, matką by nie została. Mówią szczerze i bardzo osobiście o tym, jak radzą sobie z wychowaniem swoich dzieci. O tym jak wolałyby dzieci nie mieć, ale jak swoje potomstwo kochają.

"Było mi ciężko powiedzieć, że posaidanie dzieci było błędem... Że w ostatecznym rozrachunku jest to dla mnie jedno wielkie obciążenie. Dużo czasu zajęło mi, zanim byłam zdolna powiedzieć te słowa. Myślałam, że skoro mówię coś takiego, to ludzie pomyślą, że jestem szalona. Dziś jest tak samo..."

Orna Donath podchodzi do kontrowesyjnego tematu bardzo profesjonalnie. Podoba mi się to w jaki subtelny, ale zarazem dosadny sposób mówi o kobietach, które spotkała. Wydaje mi się, że każdy kto choć raz ocenił jakąś matkę, powinien przeczytać tą powieść i spojrzeć na tę sprawę z innej perspektywy. Autorka uświadamia, jaką presję społeczeństwo wywiera na kobiety i jak oddziałuje to na ich życie.

Podsumowując, wydaje mi się, że ten temat nadal jest omijany, nadal nie jest powszechny i mimo tego, że wiele matek odczuwa to cierpienie, to mówienie o tym nadal jest wielkim tabu. Sądzę, że jest to pozycja, która racjonalnie pozwala spojrzeć na sytuację kobiet i zrozumieć ich problem. Absolutne "must read", które powinno znaleźć się na Waszych półkach.

Ocena:7/10

Za możliwość spojrzenia na macierzyństwo z innej perspektywy dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu

Tłumaczenie: Elżbieta Filipow
Liczba stron: 312
Wydawnictwo: Kobiece


PRZEDPREMIEROWO: "Słowo i miecz" - Amy Harmon [Recenzja #55]

Kiedy usłyszałam o nowej książce Amy Harmon, nie mogłam się oprzeć, aby jej nie przeczytać. Wcześniej nigdy nie zawiodłam się na jej cudownym stylu i zdolności do opowiadania poruszających, życiowych historii. Tym razem autorka spróbowała czegoś innego, jeśli tak jak ja jesteście ciekawi, jak sobie poradziła, to zapraszam najpierw do przeczytania recenzji, a potem oczywiście samej powieści.

Lady Lark odziedziczyła po swojej matce Dar używania słów. Jednak żyje w świecie, w którym ludzie z nadprzyrodzonymi zdolnościami mogą zostać skazani na śmierć. Kiedy matka Lark ginie, jej córka żyje niczym w klatce. Z nikim nie rozmawia, porozumiewa się wyłącznie gestami. Do kraju nadchodzi wojna, czy zdolności Lark wyjdą na jaw?

"Może tajemnicą szczęścia jest prostota?"

Przeczytałam wszystkie książki Amy Harmon, które zostały wydane w Polsce, poprzednimi trzema byłam dosłownie zachwycona, ale tym razem mam bardzo mieszane uczucia. Wydaje mi się, że autorka nie do końca odnajduje się w innym gatunku, ale doceniam, że postanowiła spróbować czegoś nowego i podjąć się takiego wyzwania. Jednak ja nadal pozostanę fanką wyłącznie "obyczajowej" Pani Harmon.

Bardzo podoba mi się sam zamysł nadania słowom cech nadprzyrodzonych. Sama naprawdę lubię zabawę słowem i kiedy przeczytałam, jaką mocą dysponuje nasza główna bohaterka, zachwyciłam się i liczyłam na coś wyjątkowego. Niestety, sam pomysł był ciekawy, ale wydaje mi się, że można podejść do tego motywu w o wiele ciekawszy sposób.

"Lord Corvyn był słaby, ale nie miał w sobie zła, chociaż zastanawiałam się, czy słabość nie jest równie niebezpieczna, skoro pozwala rozkwitać złu."

Początkowo miałam spory problem z wejściem w świat wykreowany przez autorkę. Nie mogłam polubić bohaterów i odnaleźć się w fabule, kiedy jednak akcja zaczęła się rozpędzać stopniowo wciągałam się w treść, mimo to do końca nie dobrnęłam z zapartym tchem, a wyłącznie z lekkim zaciekawieniem.

Podsumowując, wydaje mi się, że Amy Harmon o wiele lepiej odnajduje się w powieściach obyczajowych. Opisywanie relacji między ludźmi wychodzi jej znakomicie, ale jeśli chodzi o kreowanie nowych królestw, magii i rycerzy nie jestem przekonana. Sądzę jednak, że każdy sam powinien sprawdzić, czy może w środku nie kryją się słowa, które Was oczarują.

Ocena:5/10

Za możliwość poznania nowych słów Amy Harmon dziękuję wydawnictwu Editio.
Seria wydawnicza: Editio Purple
Tłumaczenie: Marcin Machnik
Liczba stron: 296
Premiera: 20.02.2018r.