"Pani Einstein" - Marie Benedict [Recenzja #40]

Mileva ma dwadzieścia jeden lat i jako jedna z pierwszych kobiet rozpoczyna studia fizyczne na uniwersytecie w Zurychu. Jest nieprzeciętnie inteligenta, ambitna i zamierza wiele osiągnąć. Studiujący z nią Albert zakochuje się w jej niezwykłym umyśle i niedoskonałym ciele. W ich małżeństwie jest miejsce nie tylko na miłość, ale też na wspólną pasję. Kilkanaście lat później świat zachwyca się odkryciami Einsteina. Nikt nie pyta jak ich dokonał, nikt nie wspomina o Milevie. Kim była i dlaczego nic o niej nie wiemy?


"Jej cisza nie była słabością; To była żarliwa czujność, która w razie potrzeby zastąpi ryk."

Rozpoczynając książkę, nie spodziewałam się, że będzie ona napisana jak zwykła obyczajówka. Autorka łączy cechy biografii Milevy z fikcją literacką i tworzy wciągającą opowieść o miłości, i pasji. Jest to książka, którą bardzo chętnie przeczytałabym nawet, gdyby nie była ona o małżeństwie Einsteinów.

Kiedy czytałam powieść, niesamowicie przeżywałam losy bohaterki. Każda kobieta bez wątpienia odnajdzie kawałek siebie w postaci Milevy. Kompleksy, problemy w związku i trudy w dążeniu do celu to cechy, które przeobrażają bohaterkę książki w prawdziwego człowieka. W książce nie spotkamy się z idealizacją bohaterów, ani świata. Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki, Marie Benedict opowiedziała historię, która pozostaje aktualna do dnia dzisiejszego.

"Chociaż pierwszy krok jest najtrudniejszy, drugi nie jest znacznie łatwiejszy."

Marie Benedict przenosi nas w nieznany świat naukowców XIXw.. Eleganckie wypowiedzi, oficjalne zwroty, czas, w którym skandalem było nieślubne dziecko, czy rozwód. Czas, mimo swojego czaru, nadzwyczajnie trudny, szczególnie dla kobiety. Mileva wielokrotnie musi walczyć z dominacją płci przeciwnej i udowadniać swoją inteligencję. Autorka ukazuje nam dwie strony znanego naukowca. Z jednej strony, czuły, zakochany Albert, a z drugiej człowiek całkowicie zatopiony w nauce. Geniusz, który nie ma pojęcia o ludzkim sercu i uczuciach.Marie Benedict przedstawia go w sposób skandaliczny, ukazuje Einsteina, którego jeszcze nie znaliście.

Długo zastanawiałam się, ile prawdy jest w historii Marie Benedict. Czy autorka przedstawiła prawdziwą historię? Czy książkę można traktować jako źródło wiedzy? Niekoniecznie, sama po lekturze skonfrontowałam treść książki z biograficznymi notkami Einsteinów. Wersja, którą opisała autorka, jest prawdopodobna, ale nie mamy pewności, jaki tak naprawdę wkład w teorię miała Mileva. Jest jednak wiele źródeł, które potwierdzają ten obraz małżeństwa Einsteina.


"Ci przyjaciele nie zabrali mojej determinacji, jak się obawiałam. Sprawili, że byłam silniejsza."

"Pani Einstein" to książka, która zostanie ze mną na długo. Bardzo zasłużenie trafia na listę moich ulubionych i z pewnością polecę ją każdemu. Mam nadzieję, że i Wy sięgniecie po nią jak najszybciej.

Ocena:10/10

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 320
Tłumaczenie: Natalia Mętrak-Ruda

Mam dla Was też istotną wiadomość. Od tego tygodnia najprawdopodobniej posty na moim blogu będą pojawiały się aż trzy razy w tygodniu:
Środa - recenzje,
Piątek - aktualności ze świata literatury,
Niedziela - teksty, "artykuły", które już teraz, co niedzielę, przyjmujecie bardzo entuzjastycznie, za co dziękuję!

Nie kupuj książek w supermarketach!

Ceny książek w supermarketach są dla czytelników prawdziwą okazją. Jednak czy kupowanie powieści w Biedronce, czy Lidlu to brak szacunku dla autora? Co na to wszystko wydawcy książek? Czy książki powinny znajdować się między produktami spożywczymi na półkach?

Supermarkety dobijają księgarzy i wydawców

Już od dłuższego czasu spotykam się z mieszanymi opiniami na ten temat. Jakiś czas temu Włodzimierz Albin, prezes Polskiej Izby Książki, powiedział, że hipotetycznie powinniśmy cieszyć się z ogólnodostępności książek, ale tak naprawdę jest to tylko magnes, który ma nas przyciągać do kupowania głównych produktów w sklepach. Według niego efektem niskich cen i obniżek jest upadanie księgarzy, którzy w żaden sposób nie są w stanie dorównać cenowo marketom.

Czy supermarkety uderzają w godność autora?

Wyobrażam sobie tę sytuację: miesiącami tworzyłam powieść, wchodzę do supermarketu i znajduję ją tam między papierem toaletowym, a batonikami na promocji. Leży w stercie innych książek, które tak samo jak moje są tutaj do kupienia za bardzo małe pieniądze. 

Czy to uderza w godność autora? Zdecydowanie zależy to od jednostki. Z jednej strony miła jest myśl o dostępności jego książki, a ważne jest, że książki się sprzedają i ktoś jednak chce je czytać. Z drugiej strony czy jest to odpowiednie miejsce na sprzedaż jego powieści? Czy po to się starał, aby później swój tekst znaleźć w stercie przypadkowych rzeczy? 

Jakie jest moje zdanie?

Kiedy zaczynałam pisać ten "artykuł", sądziłam, że w kupowaniu książek w markecie nie ma nic złego. Jednak w czasie zbierania kolejnych informacji, zagłębiania się w temat, zwątpiłam w swoje stanowisko w tej sprawie. Z jednej strony jest to promocja książek, ale z drugiej strony niszczy to księgarzy. Życie w dzisiejszym świecie to walka o konsumenta i niestety, nadal będę obserwować promocje w marketach, ponieważ to właśnie tam oferują mi niższe ceny za ten sam produkt.

Jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Czy kupujecie, co sądzicie o autorach, wydawcach i konsumentach? Z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze.

Zapraszam również do obserwowania strony na Facebooku, jeśli chcecie być na bieżąco z moimi wypocinami ;).



"Zranieni" - H.M. Ward

Sidney i Peter poznają się w nietypowej sytuacji. Dziewczyna myli mężczyznę z kimś innym i siada obok niego w restauracji. Natychmiast tworzy się między nimi niezaprzeczalna chemia. Wszystko jednak utrudnia fakt, że Peter zostaje wykładowcą, a Sidney jego studentką. Ich zakazana fascynacja naznaczona jest również przez demony przeszłości.

Na pierwszych kilkudziesięciu stronach powieści odczułam wielkie rozczarowanie. Główna bohaterka wprost rozpływa się nad przystojnym Peterem i zupełnie traci rozum. Każde kolejne słowa wyrażają jej zachwyt nad nim. Miałam wrażenie, że czytam jakiś akt uwielbienia i to okropnie słaby. Dialogi średnie, dyskusje bohaterów raczej na niezbyt wysokim poziomie, a opisy skupiają się wyłącznie na cudownym Peterze. Na początku zastanawiałam się, czy nie mam do czynienia z erotykiem, ale nie bójcie się, to był wyłącznie mój błąd.

"Mawiał, że życie jest podróżą. Że nikt nie wie wszystkiego - i najlepsze w tym jest to, że wcale nie musi. Twierdził, że nie trzeba być wszechwiedzącym, żeby wiedzieć, jak żyć."

Niektóre sceny budziły mój śmiech. Nie znaczy to, że były zabawne, ale wręcz absurdalne. Rozmowa o chusteczce higienicznej była dla mnie tą, która wywołała u mnie napad śmiechu, a dyskusja o poezji również wywarła u mnie mieszane emocje. Ku mojemu zdziwieniu, między tymi zdaniami, można było odnaleźć sporo ciekawych myśli.

Mimo tego jak bardzo irytowała mnie powieść na początku, z czasem zaczęła mnie strasznie wciągać. Być może to ja przestałam oczekiwać ambitniejszej treści i po prostu pozwoliłam sobie zatracić się w całej historii. Czego nowego możecie oczekiwać od tej lektury? Absolutnie niczego, ale jeśli należycie do fanów New Adult to na pewno spodoba Wam się cały schemat powieści. 

"Czasami nie ma odpowiednich słów. Nie ma nic, co można by zrobić, żeby było lepiej."

Jeśli już mowa o schematach to ta powieść powiela ich wiele. Zakazana miłość, drastyczna przeszłość i fascynacja pełna pożądania, to chyba tematy, o których czytamy w każdej powieści tego gatunku. Zatem, jeśli tak jak ja od czasu do czasu pozwolicie sobie na kolejną banalną i schematyczną historię to czytajcie śmiało. Zapewniam Wam, że zapewni Wam całkiem niezłą rozrywkę na nudne wieczory. 

"Niestety w prawdziwym życiu nie ma opcji "cofnij". Nie możesz po prostu wymazać wszystkiego i zacząć od nowa."

Książkę na pewno poleciłabym wielbicielom "Przyrodniego brata". Jeśli zaczytywaliście się w tej powieści, to ta również powinna przypaść Wam do gustu. Czy sięgnę po kolejne części? Tego jeszcze nie wykluczam, serii również nie skreślam, ponieważ mimo wszystko czytało mi się ją bardzo lekko. Być może również Wy lubicie czasem poczytać te proste historie to zdecydowanie jest to coś dla Was.

Ocena: 5/10

Dajcie mi znać, czy sięgniecie po powieść. Chętnie poczytam też o podobnych książkach, z którymi się spotkaliście. Pamiętajcie, że teraz czytać moje teksty możecie w każdą środę i niedzielę, a jeśli nie chcecie o nich zapomnieć, zachęcam Was do polubienia mojej strony na Facebooku :)

Za możliwość przeczytania "Zranionych" dziękuję wydawnictwu Editio.

Liczba stron: 203
Wydawnictwo: Editio
Seria wydawnicza: Editiored
Tłumaczenie: Anna Hikiert






Blogerzy się sprzedają

Czy my, blogerzy, sprzedajemy się za książki warte 30-40zł? Czy tyle warta jest nasza wiarygodność? Czy musimy recenzować pozytywnie? Dzisiaj kolejny raz temat godny dyskusji, więc zapraszam do komentowania.

Wypowiadam się o książkach dobrze, ponieważ otrzymuję je od wydawnictw.

Kiedy opowiadam o swoim blogu znajomym, często pada pytanie: Czy jeśli dostajesz książkę za darmo to musisz ją recenzować pozytywnie?. Ilekroć pada to pytanie, opadają mi ręce. Bardzo często spotykam się z poglądem, że wypowiadam się o książkach dobrze, ponieważ otrzymuję je od wydawnictw. 

Często również krytykują osoby czytające recenzje. Jeśli im nie spodoba się dana książka, a my napisaliśmy o niej dobrze, to znaczy, że nie wypowiedzieliśmy się szczerze o danej pozycji.

Jak jest naprawdę?

Kiedy nawiązuję współpracę z wydawnictwem, nie mam obowiązku recenzować dobrze. Jeśli będziemy chcieli, możemy zrównać z ziemią wysłaną nam powieść. Za swoje recenzje nie dostaję pieniędzy, otrzymuję wyłącznie egzemplarze, które dają mi możliwość pisania o nowościach, a czasem nawet mogę to zrobić dla Was przed premierą. Nie zdarza mi się okłamywać moich czytelników, wyrażam swoją opinię szczerze, ponieważ się pod nią podpisuję. 

Niestety są wyjątki...

Niestety, nie mogę wypowiedzieć się w imieniu wszystkich. Zdarza mi się spotykać z blogami, na których znajdziecie same pozytywne opinie, na których nie spotkacie się z krytyką. Dlaczego? Niektórzy blogerzy starają się podlizać wydawnictwom, aby otrzymywać kolejne powieści. Strasznie mi przykro, kiedy widzę, jak takie osoby nadszarpują wiarygodność całego środowiska recenzentów. 

Zatem, za każdym razem taka opinia jest dla mnie bardzo krzywdząca. Staramy się budzić zaufanie czytelników. Zawsze, kiedy książkę otrzymuję za darmo informuję Was o tym krótkimi podziękowaniami pod recenzją. 

Dzisiejszy wpis inspirowany jest filmem nagranym przez Cat Vloguje, na który serdecznie Was zapraszam. (https://www.youtube.com/watch?v=r-CCuZZgmh0)

Mam nadzieję, że kolejny raz w komentarzach napiszecie swoją opinię na poruszony przeze mnie temat. Zapraszam również do obserwowania bloga i Facebooka, ponieważ od niedawna wpisy pojawiają się regularnie w środy i niedziele.





"O wiele więcej" - Kim Holden

Kim Holden sławę w Polsce zyskała razem z wydaniem powieści "Promyczek". Niestety nie miałam okazji jeszcze po nią sięgnąć, ale dzisiaj przychodzę do Was z inną pozycją napisaną przez tę autorkę. Inna książka, skierowana do innych odbiorców, inna dojrzałość, czy pomimo wszystkich różnic w książce nadal odnajdziemy tą samą lekkość?

Seamus to mężczyzna idealny, cudowny ojciec, kochający mężczyzna. Jednak jego żona, to zupełne przeciwieństwo. Miranda bezwzględnie dąży do sukcesu zawodowego i jest ucieleśnieniem złej małżonki i matki. Jest jeszcze Faith, dziewczyna, którą gonią demony przeszłości, ale ona odgania je swoim ciepłem, radością i kolorowym strojem. Jak potoczą się losy tej trójki? Jak zmieni się ich definicja miłości?

"Miłość to dziwna sprawa. Pojawia się znikąd. Nie ma w niej logiki. Nie da się jej zmierzyć. To mieszanka uczuć i pasji, połączenie niebezpieczne, podsycająca miłość... ale również nienawiść."

Od pewnego czasu miałam kłopot ze znalezieniem powieści, która na nowo odblokuje moją miłość do czytania, którą uda mi się przeczytać w zaledwie kilka dni i zostanę pochłonięta przez kolejną historię. "O wiele więcej" to właśnie ta książka, która ponownie zbudziła moją miłość do czytania, to właśnie ta książka, którą przeczytacie w zabójczym tempie, ale w głowie pozostanie Wam zdecydowanie na dłużej.

"O wiele więcej" to prawdziwa celebracja rodzicielstwa. Czytając tę powieść, stajemy się członkiem rodziny nadzwyczajnie ciepłej i zgranej. Na kolejnych stronach jesteśmy świadkami ich codziennego życia i odbiorcami tej cudownej atmosfery. Nie można nie rozkoszować się miłością wszechobecną w domu tej rodziny.

"Tak właśnie powinni postępować rodzice. Powinni instynktownie napełniać serca swoich dzieci miłością. Obdarzyć je zrozumieniem, współczuciem. Dawać im wiedzę, by w dorosłym życiu nikt nie przyćmił ich płomienia. By płonęły najjaśniej i nikt nie mógł ich zgasić..."

Historia nie zwalnia ani na chwilę, autorka nie pozwala nam na nudę i wrzuca nas w wir wydarzeń, które wystawiają bohaterów na kolejne próby. Nadszedł czas, kiedy książkę skierowaną dla dorosłych można napisać z lekkością znaną dotychczas głównie z powieści młodzieżowych. Dodatkowo lekturę możecie umilić sobie playlistą, którą autorka zamieściła na ostatnich stronach książki.

Cała historia zwaliła mnie z nóg, dosłownie targała moimi emocjami i kazała przeżywać wszystko razem z bohaterami. Kim Holden jest kolejną autorką, która zapewniła mi emocjonalny rollercoaster. Jestem pewna, że "O wiele więcej" to powieść uniwersalna. Chętnie przeczytałam ją ja, ale chętnie przeczyta ją na pewno również moja mama.

"Ponieważ miłość jest sztuką. Subiektywną.
Nieuchwytną.
Nieustannie zmienną.
Wciąż dojrzewającą."

Powieść stawia pytania ważne. Rozważa nad miłością, rodzicielstwem, karierą, chorobą, przeszłością i przyszłością. "O wiele więcej", to o wiele więcej niż banalny romans, to o wiele więcej niż zwykła młodzieżówka, to o wiele więcej niż moglibyście się spodziewać.

Już tradycyjnie przypominam, że od niedawna wpisy na moim blogu możecie czytać w każdą środę i niedzielę, zachęcam do obserwowania bloga i Facebooka, a w komentarzach napiszcie mi: Czy czytaliście już jakąś powieść Kim Holden?

Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 410
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek



Nie masz prawa recenzować!

Mam dziewiętnaście lat. Mam bloga, na którym recenzuję książki. Sama nie piszę, a oceniam jak piszą inni. W takim razie czy powinnam nazywać swoje teksty recenzjami? Czy jestem odpowiednią osobą, aby książki oceniać?

Nie masz prawa recenzować!

Wielokrotnie recenzje publikowane przez blogerów spotykają się z krytyką. Kim jesteśmy, aby nazywać nasze teksty recenzjami? Czy przeczytanie niewielkiej liczby książek czyni nas ekspertami w tej dziedzinie? Czasem nie znamy klasyki literatury, czasem gubimy się w normach ortograficznych i gramatycznych, a czasem czytujemy książki mniej, lub bardziej ambitne. Nie znamy się na zabiegach literackich, ale czy to znaczy, że recenzować nie powinniśmy? Czy powinniśmy ocenianie zostawić ekspertom?

Nie boję się nazwać swoich tekstów mianem recenzji!

Sądzę, że mimo wszystko to właśnie opinie takich ludzi jak my trafiają do czytelników najbardziej. Zastanówmy się, czy szybciej sięgnelibyśmy przez książkę poleconą przez prestiżowe pismo, czy może po tę, którą poleci nam przyjaciel. Ja zdecydowanie wybrałabym drugą opcję. Młodzi recenzenci są niczym przyjaciele. Dlaczego?

Jesteśmy jak przyjaciele, ponieważ znamy oczekiwania naszych grup wiekowych. Wiemy, co teraz jest tematem pożądanym wśród młodzieży, a co nie. Czytamy te książki, strona po stronie, słowo po słowie. Przecież możemy otwarcie dzielić się naszą opinią, wrażeniami po lekturze.

Czy nasze "recenzje" są nierzetelne?

Często spotykamy się z taką krytyką, ale nie jest tak. Doceniajmy to, ile czasu poświęcamy na przeczytanie książki i napisanie sensownej opinii. Nazywajmy nasze teksty recenzjami, ponieważ właśnie nimi są. Czy każdy może być recenzentem? Tak, ale pamiętajmy o tym, że jeśli krytykujemy, to konstruktywnie.

Pamiętajcie, że teraz teksty na moim blogu możecie czytać w każdą środę i w każdą niedzielę, więc zachęcam do obserwowania bloga, facebooka, i dyskusji w komentarzach!



Biblioteki umierają

Dzisiaj coś bardzo dla mnie ważnego, coś mi bliskiego i ukochanego. Proszę Was o odzew. Piszmy o bibliotekach na blogach i dajmy im nowe życie.

Skąd teza, że biblioteki umierają?

Mniej-więcej rok temu miałam okazję zapoznać się z interesującym felietonem Simona Jenkinsa. Autor tekstu twierdzi, że biblioteki wymierają nie z powodu spadku czytelnictwa, ale rezygnacji bibliotek z życia kulturalnego. Brakuje klubów książki, brakuje społeczności, którą można w tym budynku wytworzyć. Brakuje eventów i spotkań z autorami. Problem nie leży w małej różnorodności książek, czy ich małej liczbie, ale w samej bibliotece, jako instytucji. Moim zdaniem jednak biblioteki umierają także w sercach zagorzałych czytelników, którzy wolą książki posiadać, chcą mieć je na swoim regale i wracać do nich, kiedy tylko będą mogli.

Jednak czy naprawdę te miejsca umierają?

Mieszkam w małym miasteczku, w mojej lokalnej bibliotece spotykam bardzo dużo ludzi, są stali czytelnicy i Ci bardziej sporadyczni. Organizowane są również inne spotkania z autorami, kluby książkowe, ale tym razem ze wstydem przyznaję się, że jeszcze nie zdarzyło mi się wziąć w czymś udziału. Widzę wielu ludzi wchodzących do tego budynku, ale jednak nadal zbyt mało. Pędzimy do księgarni, kupujemy, mamy na zawsze. Biblioteki wciąż są zamykane, a z każdą kolejną łamie się moje czytelnicze serduszko.

Magia bibliotek

Bardzo ciężko pisać mi tekst o tym, że te miejsca umierają, kiedy są one naprawdę bliskie mojemu sercu. Uwielbiam klimat wypożyczalni, mam swoich ulubionych bibliotekarzy, swoje ulubione półki, ale co tak naprawdę tworzy dla mnie całą magię? To, że widzę, że książka była już wcześniej czytana. Magię tworzą popodkreślane cytaty, zmarszczenia na stronach od łez, czy rozlanej kawy. Magię tworzy to, co zostawi w nich poprzedni czytelnik. To, czego nie doświadczymy, czytając nową książkę.

Stąd mój apel, pójdźcie w tym miesiącu to okolicznej biblioteki, przejdźcie się między półkami, niech doradzi Wam bibliotekarka i zacznijcie bywać tam częściej. Jeśli macie bloga to też napiszcie o tych magicznych miejscach. A czy biblioteki umierają? Nigdy nie umrą.

Wpisy od dzisiaj pojawiać się będą regularnie w środy i w niedziele, więc zapraszam Was do obserwowania bloga, facebooka i komentowania. 



Przedpremierowo: "Dance, sing, love. Miłosny układ" - Layla Wheldon

Jak każdy internetowy recenzent marzę o wydaniu swojej książki. Często początkujący pisarze publikują swoje teksty na popularnym Wattpadzie. Layla Wheldon, to właśnie jedna z tych osób. Udało jej się, jej książka zanotowała miliony odsłon i tysiące fanów. W najbliższym czasie książka pojawi się na polskim rynku w wersji papierowej. Czy również na półkach księgarni stanie się ona bestsellerem?

Livia to młoda zawodowa tancerka, która wyrusza w trasę razem z wielką gwiazdą muzyki pop. Jak szybko się okazuje, Jamesowi woda sodowa już dawno uderzyła do głowy, jest arogancki i egoistyczny. Początkowo ta dwójka nie potrafi znaleźć wspólnego języka. Ku im niezadowoleniu, im dłużej przebywają razem, tym bardziej ciągnie ich do siebie nawzajem. Jak potoczy się ich relacja w świecie pełnym kamer i kolejnych wyjazdów? Czy jest dla nich szansa na miłość w show-biznesie?

"Przymknęłam lekko oczy i skupiłam się na muzyce. Czułam rytm wewnątrz siebie, jakby zgrał się z moim przyspieszonym pulsem."

Czytając tę książkę znajdujemy się w świecie muzyki, wielkiej namiętności i sławy. Na kolejnych stronach odnajdujemy znane nam utwory i w ich rytmie żyjemy razem z bohaterami powieści. Bohaterowie stawiani są przed kolejnymi wyborami i wielokrotnie muszą wybierać między sławą, a miłością. W czasie chłonięcia całej historii czytelnik odnajduje się w świecie gwiazd i celebrytów, a o tym przecież mogliśmy wyłącznie śnić.

Często przeglądając portale plotkarskie zastanawiamy się, kim tak naprawdę są nasi idole z okładek kolorowych magazynów. Layla Wheldon otwiera drzwi do tego odległego świata, ukazuje trudy ich codziennego życia i walkę o miłość.

"Tak bardzo pragnęłam, aby mnie kochał. Może mój umysł płatał mi figle i sprawiał, że śniłam o tym, o czym marzyłam."

James i Livia to bohaterowie wykreowani od początku do końca. Ona uparta, zdecydowana i z mocnym charakterem, on zakochany w sobie, impulsywny i zabójczo przystojny. Razem tworzą parę, która w świecie młodzieżówek na pewno będzie jedną z najbardziej charakterystycznych. Kiedy ich historia zwalnia, oni nadają jej smaku swoją osobowością.

Jeśli chcecie przeczytać "Miłosny układ" to jest to idealna pozycja właśnie na teraz, na gorące wakacyjne dni. Jestem pewna, że pochłoniecie ją w przeciągu kilku dni i tak jak ja z niecierpliwością będzie oczekiwać kolejnej części. Dajcie się ponieść tej przepełnionej muzyką historii i sięgnijcie po nią już teraz.

Ciekawostka o książce:
Layla Wheldon, to tak naprawdę tylko pseudonim pisarki. Pisarka nazywa się Sandra Sotomska i jest Polką.

Już teraz zamówcie książkę przedpremierowo i jak najszybciej dajcie porwać się tej historii, a ja jak zwykle zachęcam Was do obserwowania bloga, Facebooka i komentowania ;)

Liczba stron: 528
Wydawnictwo/seria: Editio/Editiored
Cykl: Dance, sing, love.

Za możliwość przeczytania tej muzycznej historii dziękuję wydawnictwu Editio.