DZIEŃ PRZED PREMIERĄ "Dance, sing love. W rytmie serc" [Recenzja #67]



UWAGA, RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY Z TOMU PIERWSZEGO!

Po tragicznym wypadku na lotnisku Livia musi walczyć o odzyskanie pełnej sprawności, jej kariera tancerki staje pod znakiem zapytania, a wspomnienia feralnego dnia nie przestają jej nawiedzać. Z pomocą swojego chłopaka Jamesa oraz innych przyjaciół walczy o swoje marzenia, ale czy jej miłość przetrwa, kiedy życie wystawia naszych bohaterów na kolejne próby?

Już na początku muszę przyznać, że seria "Dance, sing, love" to dla mnie jedno wielkie guilty pleasure. Z niecierpliwością oczekiwałam tomu drugiego, ponieważ od pierwszego nie mogłam się oderwać. Chociaż zakończenie "Miłosnego układu" wydawało mi się zupełnie oderwane od całej historii, to i tak postanowiłam dalej śledzić losy Liv i Jima.

"Życie nie było czarno-białe. Miało także odcienie szarości i to właśnie z tym miałam do czynienia. Nic nie było proste i oczywiste."

Livia i James to bohaterowie bardzo charakterystyczni. Na jednej stronie ich lubiłam, a na drugiej już nie znosiłam, ale najważniejsze jest dla mnie to, że ani na moment nie pozostawali mi obojętni. Czytając tę książkę znajdziecie się w świecie muzyki, wielkiej namiętności i sławy. Zobaczycie świat gwiazd od drugiej strony i sprawdzicie, jak powstają plotki pojawiające się na portalach. Autorka pokazuje nam tak odległy świat celebrytów w sposób, który nie pozwoli Wam się oderwać ani na moment.

W "W rytmie serc" Layla Wheldon podrzuca bohaterom kolejne kłody pod nogi i kiedy jeden problem udaje się rozwiązać, to drugi już na nich czeka. Nie daje wytchnienia tej parze, a fabuła nie zwalnia. Dzieje się naprawdę dużo, a czytelnik nie ma chwili na nudę.

"Nie zamierzałam się załamywać. Otarłam się o śmierć. Po czymś takim ludzie zaczynają inaczej patrzeć na świat."

Muszę jednak wspomnieć o minusach. Sądziłam, że drugi tom skupi się głównie na odzyskiwaniu sprawności i próbach pozbywania się traumy związanej z wypadkiem. W związku z tym wątkiem oczekiwałam więcej! Więcej dramatyzmu, więcej napięcia związanego z powracaniem do formy i odbudowywaniem na nowo kariery. Żałuję, że autorka zamiast skupić się na jednym, konkretnym problemie, podrzuca nowe. Muszę przyznać, że spodziewałam się również spektakularnego zakończenia, które sprawi, że na kolejny tom będę czekać z jeszcze większą niecierpliwością.

"Żyłam. W tej chwili naprawdę to do mnie dotarło. Dostałam od losu drugą szansę i zamierzałam z niej skorzystać."

Co jest największą zaletą tej serii? Nieprzewidywalność. Nigdy nie wiemy, co wydarzy się w następnym rozdziale, możemy się spodziewać wszystkiego i dzięki temu książkę czyta się zadziwiająco szybko. Zaledwie dwa dni zajęło mi pochłonięcie tej powieści. Styl Layli Wheldon nie jest idealny, w powieści nadal momentami czuć amatorski, wattpadowy klimat, ale jest w tym coś, co sprawia, że na wszystkie błędy przymykam oko i najchętniej czytałabym bez przerwy aż do samego epilogu.

Ocena:6/10

Liczba stron: 429
Wydawnictwo: Editio
Seria wydawnicza: Editiored
Seria: Dance, Sing, Love

Za możliwość dalszego poznawania losów Livii i Jamesa dziękuję wydawnictwu Editio.

Polska Anna Frank, czyli "Rutka" - Zbigniew Białas [Recenzja #66]

Sześćdziesiąt lat po wojnie ujawniony został krótki dziennik Rutki Laskier, który wstrząsnął ludźmi i stał się historyczną sensacją. Zbigniew Białas na podstawie dziennika rekonstruuje historię dziewczynki, która żyła w czasach brutalnych i nieludzkich. Fabularyzując kolejne wydarzenia autor ukazuje nam wstrząsającą historię o dorastaniu w czasie wojny.

"Wątpienie jest w swej istocie wiarą, podobnie jak wiara zawiera w sobie wątpienie, gdyż wiara i wątpienie nie są przeciwieństwami. Są swoim koniecznym dopełnieniem. Wątpcie więc do woli, tym cenniejsza będzie wasza wiara."

Rutka Laskier nazywana jest polską Anną Frank. Muszę przyznać, że to porównanie jest naprawdę trafne, a w powieści Zbigniewa Białasa zauważam wiele motywów inspirowanych jej dziennikiem. Mam nadzieję, że ponowne opisanie losów tej nastoletniej dziewczynki sprawi, że więcej osób zainteresuje się polskim odpowiednikiem Anny Frank.

Historia Rutki, to historia o dojrzewaniu w czasach, w których dzieciom stopniowo odbierano normalne życie. Początkowo beztroska bohaterka, która marzyła o pierwszej miłości, musi zrezygnować ze wszystkich swoich pragnień i walczyć o życie. Zauroczenie Rutki i jej kolegi Janka musiało zejść na drugi plan, a młodzi bohaterowie musieli skupić się na przetrwaniu.

"Gdybym prowadziła tutaj swój dziennik, musiałabym zrobić taki zapis, że zapewne zaczynam ostatni etap życia. A jeszcze parę miesięcy temu mogłam myśleć, że chciałabym od Janka dostać kwiaty, na przykład kwiaty, które pachną tak odurzająco."

Zbigniew Białas pokazuje nam wojnę widzianą przez niewinne dziecko, które stopniowo zdaje sobie sprawę z brutalności świata, w którym żyje. Dojrzałość i wrażliwość młodej bohaterki chwyci za serce każdego czytelnika.

Czytając o Holocauście widzimy tylko liczby, dowiadujemy się, ile osób w przybliżeniu zginęło. Nie wiemy nic więcej, być może część z nas potrafi przybliżyć kilka wybitnych jednostek, które wyróżniły się jakimiś dokonaniami w czasie wojny. Jak często jednak zastanawiamy się nad życiem zwyczajnych rodzin? Ludzie, którzy musieli zamienić swoje codzienne życie w nieustanną walkę o przetrwanie. Historie takie jak ta pokazują, że ludzie, którzy ginęli mieli swoje marzenia, przeżywali swoje pierwsze miłości. Żyli tak jak my, dopóki to wszystko nie zostało im brutalnie odebrane.

"Ale może w takich czasach trzeba wszystko zapisywać? Z poczucia odpowiedzialności za każdą chwilę...?"

Zawsze kończę swoje recenzje oceną w skali od 1 do 10. Tym razem długo zastanawiałam się, jak ocenić tę książkę. Czy może powinnam ocenić ciekawość historii, czy to jak Zbigniew Białas rekonstruował kolejne wydarzenia opierając się na krótkim dzienniku? Tej książki nie da się ocenić na podstawie tych aspektów. Tę książkę powinien przeczytać każdy, a ja po prostu ocenię ją na 10 za to, co za sobą niesie.

Ocena: 10/10

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG
Liczba stron: 128

Za możliwość poznania historii polskiej Anny Frank dziękuję Wydawnictwu MG.

"Miłość i inne zadania na dziś" - Kasie West [Recenzja #65]

Czy warto sięgać po książkę autora, na którym już raz się zawiedliśmy? Czy warto dawać sobie drugą szansą z autorami książek, które wspominamy źle? Szczerze? Robię to naprawdę rzadko. Tym razem propozycja pojawiła się sama, więc dlaczego nie spróbować?

Z czwórki przyjaciół w mieście na wakacje pozostaje tylko Abby i Cooper, któremu kiedyś dziewczyna wyznała miłość, ale on zbył ją śmiechem. Nieszczęśliwie zakochana Abby postanawia oddać się swojej pasji i spełnić swoje marzenie o wystawieniu swoich obrazów w miejscowym muzeum. Jej prace zostają jednak odrzucone z powodu niedostatecznej głębi. Dziewczyna postanawia stworzyć listę zadań, których wykonanie zapewni jej zdobycie nowych doświadczeń. Czy poszukując w sobie prawdziwej artystki, odnajdzie odwzajemnione uczucie?

"Miałam na myśli innego typu doświadczenia. Bo jakie pomogą mi odkryć we mnie głębię, odnaleźć w sobie serce? Pryszło mi do głowy, że powinnam czerpać inspirację z życia, nie z obrazów. I nie tylko inspirację, ale też emocje."

Z twórczością Kasie West miałam już okazję spotkać się kilka miesięcy temu (link do recenzji). Przy tamtej okazji zniechęciłam się do tej autorki na tyle, że po tę lekturę sięgałam ze sporą dozą dystansu i sceptycyzmu. Poprzednia książka wydawała mi się aż zbyt lekka, zbyt płytka, nawet jak na młodzieżówkę. Kiedy jednak otrzymała propozycję przeczytania jej kolejnej książki, postanowiłam dać tej autorce drugą szansę i muszę przyznać, że warto było pokonać swoje uprzedzenia.

Bohaterów polubiłam już na samym początku. Zarówno Abby, jak i Coopera cechuje świetne poczucie humoru. Oboje mają też swoje wady, co czyni ich mniej wyidealizowanymi postaciami. Oczywiście szczególnie kibicowałam dziewczynie, ponieważ to właśnie ją poznajemy lepiej i z jej problemami mamy styczność.

"Ze wszystkim można sobie dać radę dzięki ciężkiej pracy albo dzięki uporowi, albo przez to, że nigdy się nie poddamy, czy też za sprawą Boga."

Bardzo podoba mi się motyw poszukiwania inspiracji przez główną bohaterkę. Zmotywowana do zdobywania kolejnych rozwijających życiowych doświadczeń Abby nakłania czytelnika do tego samego. Do poszukiwania magii w monotonnym świecie, do przesuwania swojej strefy komfortu i poznawania siebie na nowo.

Jaka jest idealna powieść na lato? Właśnie taka jak "Miłość i inne zadania na dziś". Lekka, opowiadająca o wydarzeniach z wakacji, z zabawnymi bohaterami i przyjemnym stylem. Podobało mi się, ale co jeśli podobało mi się, ponieważ nie oczekiwałam zbyt wiele? Nie wiem, ale wydaje mi się, że TA powieść Kasie West jest świetną propozycją dla wielu nastolatek (i nie tylko). Powieść czytałam z uśmiechem na ustach, a właśnie chyba to mają na celu wszystkie tego typu książki.

Ocena: 7/10

Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 416
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski

Jeżeli Wy też chcecie przeczytać o historii Abby i Coopera, to klikając w baner poniżej, przeniesiecie się na stronę księgarni dadada.pl, gdzie tę książkę kupicie za jedyne 21,98zł :)

"Tańcząc na czubkach palców" - Gabriela Anna Kańtor [Recenzja #64]

Jak dobrze rozpocząć wakacje? Z pewnością fenomenalną książką, przecież to właśnie w wakacje mamy najwięcej czasu na ich pochłanianie i zachwycanie się kolejnymi historiami, więc dzisiaj po przerwie związanej z sesją, wracam do Was z moją pierwszą wakacyjną lekturą. Czy na pewno udaną? Przekonajcie się sami.

Powieść opowiada o życiu Pauliny, której losy śledzimy przez trzy kolejne etapy życia: jako bezbronne dziecko, optymistyczną młodą dziewczynę i dojrzałą, świadomą siebie kobietę. Czytamy o bohaterce, która nieustannie próbuje przezwyciężyć poczucie samotności, zmagając się z codziennymi problemami. Jest to historia o walce z demonami przeszłości i o ciągłym poszukiwaniu szczęścia.

"Człowiek, żałosne niebożę, zawsze jest wystawiony do wiatru. Niezależnie od tego, jak żyje, co umie, czego dokonał i co jeszcze stworzy, jakimi ludźmi się otacza. Cokolwiek by udawał przed samym sobą, cokolwiek by mówił, odegrał na białym fortepianie, chóralnie odśpiewał, wyrył na wołowej skórze, czy odtańczył - koniec końców zawsze go to dopada: poczucie bycia pojedynczym."

Gabriela Anna Kańtor w swojej książce porusza tematy trudne. Poczynając od przemocy domowej, przez nieszczęśliwe małżeństwa, po indywidualne ograniczenia, przeprowadza swoją główną bohaterkę, naznaczając ją kolejnymi trudnościami. Poznając prawie cały przekrój życia Pauliny, spodziewałam się, że będę czytała o niej z zapartym tchem, nieustannie kibicując jej na życiowych zakrętach.

Niestety losy naszej postaci przez całą lekturę pozostały mi obojętne. Kobiety nie miałam za co polubić, ale nie miałam jej też za co nie znosić, była po prostu nijaka. Autorka przez kolejne wydarzenia próbowała pogłębiać portret psychologiczny i z papierowej bohaterki uczynić kobietę z charakterem, według mnie jednak nieudolnie.

"Stare osmańskie przysłowie mówi, że przeszłość to otwarta księga dla tego, kto chce poznać przyszłość. Może z tej przyczyny wraca się nawet do zmarnowanych lat i bezwiednie powiela pochodzące stamtąd schematy."

Naprawdę chciałabym powiedzieć, że ta powieść podobała mi się, lub przynajmniej była mierna, ale niestety według mnie jest po prostu męcząca. Już sama budowa nie trafiła w mój gust. Tekst podzielony na zbyt wiele części i oporny styl nie pozwoliły mi zaangażować się w całą historię.

W tekście znajdziemy wiele pięknych przemyśleń autorki, które moglibyśmy oprawić w ramkę i czytać codziennie. Jednak sądzę, że również ich jest zbyt wiele. Pojawia się wiele udanych, ale również wiele nieciekawych złotych myśli, które można by "wyciąć", aby pozbyć się natłoku refleksji i rozluźnić narrację.

"Czasem pewne historie muszą się wydarzyć, żeby się odtąd wiedziało, że nie powinny były."

Być może nie należę do grupy docelowej, ale jestem pewna, że w tym gatunku literackim, można odnaleźć krocie lepszych książek. Z przykrością muszę stwierdzić, że "Tańcząc na czubkach palców" to kolejna obyczajówka, którą umieściłabym znacznie poniżej tych przeciętnych.

Ocena: 3/10

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictu MG.

"Ten pierwszy rok" - Tom Ellen i Lucy Ivison [Recenzja #63]

Studia to kolejny etap na drodze naszego życia. Phoebe rozpoczynając pierwszy rok na nowej uczelni, nie spodziewa się, że kolejny raz wpadnie na chłopaka, za którym szaleje od liceum. Mimo kilku wspólnie spędzonych lat w poprzedniej szkole, ich drogi przecinają się dopiero na uczelni. Para poznaje się coraz lepiej, próbując odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Luke i Phoebe opowiadają nam o hucznych imprezach, o przyjaźniach kolejnych wpadkach i wzlotach.

Sama w tym roku rozpoczęłam studia i być może, dlatego sięgnęłam po tę książkę. W końcu chciałam skonfrontować rzeczywistość z tym, co opisali autorzy. Ostatecznie powieść potraktowałam bardziej komediowo. Pierwszy raz czytałam, śmiejąc się w głos. Przy jednym z fragmentów dosłownie musiałam zamykać książkę, żeby nie zwrócić uwagi innych osób w autobusie miejskim swoim zduszonym śmiechem.

"Musiałem się skupić, poukładać sobie to wszystko w głowie, rozjaśnić myśli. Uznałem, że jest na to tylko jeden sposób: narąbać się w trupa."

Moje serce od samego początku skradła Phoebe i jej przyjaciółki. Dziewczyny z bezbłędnym poczuciem humoru i z cudownie bezpośrednim podejściem do siebie nawzajem. Kiedy główna bohaterka potrzebowała pomocy, one zawsze wyciągały ją z opresji, nawet w najbardziej ekstremalnych sytuacjach. Niektóre rozmowy wydawały mi się wprost zapisane z moich rozmów z przyjaciółkami. Autorzy idealnie przedstawili esencję kobiecej przyjaźni.

Jeśli chodzi o główny wątek naszej dwójki, to po prostu nie da się im nie kibicować. Od samego początku polubiłam tę dwójkę i bardzo podobało mi się to, że całą historię mogłam poznać z obu perspektyw. Bardzo lubię ten sposób narracji, ponieważ pozwala on lepiej poznać bohaterów, a cała historia nie staje sie jednostronna.

"Nie wiem. Z tego by wynikało, że nikt tak naprawdę nie widzi drugiej osoby. Straszne."

Jestem jednak przekonana, że niektórych mogą urazić litry przelewającego się na kartkach alkoholu, pijackie imprezy i wulgarne rozmowy. Nie jest to książka dla najmłodszych czytelników, będzie jednak idealna dla osób krótko przed studiami, lub właśnie dla "początkujących" studentów.

Podsumowując, "Ten pierwszy rok" to książka prześmieszna, która pozwoli Wam się rozluźnić po męczącym dniu. Nie znajdziecie w niej absolutnie nic pouczającego i może właśnie to jest w niej najfajniejsze. Jeśli chcecie obejrzeć kolejną głupią komedię, to może tym razem lepiej ją przeczytać?

Ocena: 7/10

Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
Liczba stron: 360
Wydawnictwo: Jaguar

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję portalowi czytampierwszy.pl



"Wieczór filmowy" - Lucy Courtenay [Recenzja #62]

Hanna to typowa nastolatka, której chłopakiem jest bożyszcze nastolatek. Bez pamięci zakochana dziewczyna przeżywa szok przyłapując przystojnego Dana z jej koleżanką na sylwestrowej imprezie. Zapłakanej dziewczynie na pomoc przybywa wieloletni przyjaciel Sol, który z kolei bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że chce być dla niej kimś więcej niż przyjacielem. Zagubiona Hanna traci przyjaciółki i próbując odzyskać Dana, spycha Sola na drugi plan. Czy w końcu jednak zrozumie, że prawdziwa miłość jest tuż obok?


"Życie jest naprawdę dziwnym występem na żywo, w którym nic nie ma sensu, ludzie wchodzą na scenę i z niej schodzą bez powodu, miotając się we wszystkie strony."

Losy bohaterów śledzimy wyrywkowo i z obu perspektyw, co uważam za sporą zaletę. Nie czytamy o codzienności, tylko o najważniejszych wydarzeniach w ciągu roku. Narracja prowadzona przez obydwoje bohaterów staje się coraz powszechniejsza, a ja należę do zwolenników tego rozwiązania. Autorka w ten sposób pozwala nam na lepsze poznanie tej dwójki i zaagażowanie się w całą historię. 


"Nie można się cofnąć do poprzedniej sceny, skorzystać z napisów ani wyciąć czegoś, co nam się nie podoba."

Hanna i Sol są pasjonatami kinematografii, pod koniec każdego miesiąca wspólnie spotykają się na seansach filmowych, które mają stanowić pewnie pociesznie dla dziewczyny. Wybierane tytuły to najczęściej klasyki, które w pewien sposób nawiązują do aktualnych wydarzeń. Przechodzimy od "Śniadania u Tiffany'ego" aż do "Gwiezdych wojen" i chociaż z przykrością muszę przyznać, że żadnego z wymienonych 12 filmów nie widziałam, to Lucy Courtenay skutecznie zachęciła mnie do zapoznania się z nimi.

Zawsze przy powieściach młodzieżowych pojawia się pytanie, czy ta książka również jest tak schematyczna i otwarcie można powiedzieć, że jest. Cała fabuła nie jest niczym odkrywczym, znam setki takich historii z różnych książek i filmów, ale muszę przyznać, że lubię ten schemat i sięgać po tego typu historie będę dalej. Nic tak nie działa na "kaca książkowego" i nic tak nie zabija czasu w nudne wieczory jak typowa niewymagająca powieść.

"Życie to nie film, Hanno. W prawdziwym życiu ojcowie nie odchodzą od swoich dzieci, bez oglądania się za siebie, przypadki nie mają poważniejszych konsekwencji, a matki nadal nienawidzą swoich synów, nawet po tym, jak zostaną prawie zamordowane przez ich koty."

Podsumowując, uważam, że "Wieczór filmowy" to naprawdę przyjemna historia, która staje się jeszcze ciekawsza dzięki nawiązaniom do kinematografii. Jeśli mówię, że mam ochotę na młodzieżówkę, to chodzi mi właśnie o tego typu książkę. Być moze Lucy Courtenay nie zaskoczyła mnie, ale zapewnila kilka bardzo sympatycznych wieczorów z tą książką w ręce.


Za możliwość przeczytania "Wieczoru filmowego" dziękuję wydawnictwu YA!


Wydawnictwo: YA!
Liczba stron: 286
Tłumaczenie: Grażyna Woźniak

"Manufaktura codzienności" - Joanna Matusiak [Recenzja #61]

"Manufaktura codzienności" to myśli zebrane autorki. Pani Joanna jak najczęściej starała się zapisywać swoje przemyślenia w krótkich notkach. Teraz zebrała je, złożyła w jedną całość i stworzyła z nich książkę, w której mówi o tym, jak celebruje życie, jak z niego czerpie i jak chłonie otaczającą ją rzeczywistość.

"I wtedy nauczyłam sie, że i ja - dorosła - mogę jak dziecko każdego dnia oczekiwać najlepszego."

Czy to książka o rozwoju osobistym? Absolutnie nie. W książce nie znajdziecie porad, jak żyć. Nie znajdziemy tam klucza do naszego szczęścia, a raczej sposób na szczęście autorki. Książka jest tak osobista, że ciężko odnieść to, co w niej znajdziecie, do swojego życia. Początkowo był to dla mnie problem nie do przeskoczenia, bo przecież po to czytam, aby coś z tej lektury "wynieść".

Problemem była dla mnie też niespójność. Urywane myśli autorki nie łączą się ze sobą w żaden sposób. Czytanie tej książki jest, jak czytanie dziennika, w którym Pani Joanna Matusiak zapisywała swoje przemyślenia w kilku krótkich akapitach. Z drugiej strony można to uznać również za zaletę, ponieważ możemy otworzyć książkę na dowolnej stronie i czytać wyrywkowo poszczególne fragmenty. Życie przedstawione w książce jest dla mnie niestety też zbyt słodkie. Brakuje czegoś gorzkiego, w końcu czasem każdy z nas bywa pesymistą, przechodzi gorszy moment i nie potrafi cieszyć się pięknym widokiem, czy dobrą kawą.

"Jeśli odbieramy tylko zło - zło w nas zostaje i nas zatruwa. Narzekanie jest rakiem dla duszy, dla umysłu. Nie wolno karmić raka duszy."

I chociaż moje odczucia odnośnie tej książki już od kilku pierwszych stron były mieszane, to w pewnym momencie czytanie jej zaczęło mi sprawiać przyjemność. Po prostu czytając, jak autorka zachwyca się światem, zaczynałam się uśmiechać. Być może książka nie motywowała mnie do jakichś zmian w swoim życiu, ale napawała mnie w pewien sposób dobrą energią.

Cudowne w tej książce jest to, że nieważne na jakiej stronie otworzycie "Manufakturę codzienności" to na pewno znajdziecie na niej słowa, które moglibyście oprawić sobie w ramkę i patrzeć na nie codziennie, żeby poczuć się lepiej, żeby właśnie się uśmiechnąć. No i jest coś jeszcze, WYDANIE. Ta książka jest tak piękna, że z radością stawiam ją na swojej półce. Wypełniona pięknymi zdjęciami, w niecodziennym formacie, z połyskującym tytułem i złotą wstążeczką, po prostu wow.

"Bo dawać i brać to podwójnie być obdarowanym."

Pomimo wszystkich zarzutów moje wrażenia po przeczytaniu są pozytywne. Czytanie jej z czasem stało się dla mnie przyjemnością, a skoro autorka sprawiła, że kąciki moich ust choć trochę się uniosły, to znaczy, że warto było po nią sięgnąć. Podsumowując, "Manufaktura codzienności" to dobra książka, jeśli chcecie rozmarzyć się o życiu idealnym.

Ocena: 6/10

Wydawnictwo: Sensus
Liczba stron: 350

Za wywołanie uśmiechu na moich ustach dziękuję wydawnictwu Sensus.

"Królik w Lunaparku" - Michał Biarda [Recenzja #60]

 Trzy różne osoby, Warszawa oraz jeden tajemniczy Królik, który łączy ich losy. Student z genialną pamięcią i ponadprzeciętnym umysłem, licealistka, która próbuje znaleźć swoje miejsce na świecie oraz taksówkarz, który w całą sprawę wplątuje się przypadkiem. Co robić, jeśli wszystkim grozi niebezpieczeństwo, którego sprawcą może być puchaty Królik?

"Królik w lunaparku" to debiut literacki Michała Biardy, a wszyscy wiemy, jak bywa właśnie z debiutami, rzadko po nie sięgamy, bo łatwo można się rozczarować na niesprawdzonym wcześniej autorze. Jednak muszę szczerze powiedzieć, że tym razem w moje ręce trafiła naprawdę dobra powieść, która porwała mnie od pierwszej strony i która na pewno nie pozwoli o sobie szybko zapomnieć.

"Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest, poznać datę własnej śmierci? Czy to łaska pozwalając ułożyć sobie idealne życie (...)? A może wręcz przeciwnie (...) ciągłe robienie sobie wyrzutów za kolejne zmarnowane dni, które raz za razem trafiają do kosza?"

Ze wszystkich wątków najbliższy dla mnie był wątek licealistki Kasi. W literaturze często pojawia się problem przekoloryzowania szalonego życia licealistów. Michał Biarda przedstawia życie młodych ludzi tak, jak naprawdę jest. Nie stylizuje sztucznie ich wypowiedzi na bardziej młodzieżowe, ani nie ubarwia życia swojej bohaterki.

Autor skrzętnie ukrywa przed czytelnikiem rozwiązanie całej zagadki i dopiero pod koniec powieści jesteśmy w stanie połączyć wszystkie wątki w jedną spójną całość. Powieść ciężko zakwalifikować do jakiegoś gatunku, bo może to kryminał, może to thriller, a może nawet momentami New Adult? To właśnie dzięki tej różnorodności po książkę mogą sięgać czytelnicy, którzy pozornie są z innych światów.

"Nie ukrywam, byłem z siebie dumny, aczkolwiek to trochę jak dostać złoty medal w grupie dla początkujących."

Kiedyś na jednej z grup dla blogerów natrafiłam na dyskusję odnośnie tej książki i przeczytałam: "Nie kupuję ze względu na wydawnictwo.". Do teraz jestem zaskoczona takimi komentarzami, być może Novae Res nie należy do najleprzych wydawców, ale daje szansę młodym autorom, co raz wypada lepiej, a raz gorzej. Jeśli chodzi o "Królika w lunaparku" to książka jest bardzo ładnie wydana, a treść ani trochę nie odstaje od ciekawej okładki.

Porywająca, uniwersalna i momentami zabawna. Mam nadzieję, że za jakiś czas o Panu Michale usłyszymy więcej, a ja kolejny raz będę miała okazję zaczytać się w opowiadanej przez niego historii. Lekki styl współgra z ciekawą fabułą, tworząc coś, co powinno przeczytać zdecydowanie więcej osób, doprawdy imponujący debiut.

Ocena: 7/10

Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 318


"Ogród Zuzanny" Tom 1. - Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska [Recenzja #59]

Zuzanna, Krystyna i Cecylia, trzy kobiety, trzy pokolenia, jeden dom w zacisznym miejscu. Każda z nich o innym charakterze i z innym podejściem do życia. Najmłodsza, tytułowa Zuzanna, spotyka swoją pierwszą miłość po latach, kiedy Adam zamawia projekt ogrodu, którym zająć ma się właśnie ona. Kobieta używając języka kwiatów postanawia wyznać swoje uczucia Adamowi, ale czy mężczyzna odnajdzie ukryte przesłanie?

"Kochaj i rób, co chcesz. Ale najpierw kochaj. I zacznij od siebie."

"Ogród Zuzanny" to nie tylko historia głównej bohaterki, autorki angażują czytelnika również w życie innych mieszkańców tej niewielkiej społeczności. Poznajemy przeszłość miejscowego księdza, szefa Zuzanny, a także kilku innych drugoplanowych postaci, z których każda ma swój moment. Najbardziej podoba mi się relacja Krystyny i Cecylii, które z powodu przeciwnych charakterów bardzo często spierają się między sobą, a mimo to tworzą niepowtarzalną więź. Ukazanie relacji między matką i córką, to cały urok "Ogrodu Zuzanny". Zetknięcie tych dwóch kobiet, to prawdziwa mieszanka wybuchowa, więc wystarczy najmniejsza iskra, żeby w ich domu powstała eksplozja.

"Proszę cię o jedno: nie wątp w miłość, daj jej szansę. Jeśli przyjdzie - przyjmij ją z otwartym sercem."

Jeśli coś przeszkadzało mi w całej historii, to żarty, którymi rzucają się bohaterzy. W momentach, które kładły nacisk na humor, zupełnie się nie odnalazłam, ale być może to mnie trudno rozbawić powieścią. Naprawdę rzadko zdarza mi się śmiać w trakcie czytania książki, więc może tylko dla mnie jest to wada.

Czytając książkę, absolutnie zapomniałam o tym, że napisana została przez dwie autorki. Nie jestem w stanie rozpoznać, które części pisała Pani Bednarek, a które Pani Kaczanowska. Ich style przenikają się w niezauważalny sposób i razem tworzą spójną całość. Od technicznej strony nie mam zupełnie nic do zarzucenia, powieść została napisana naprawdę dobrze.

"Miłość, moja Wiolu, to nie motyle w żołądku, skurcze kiszek z nerwów, kołatanie serca i spocone dłonie. Miłość to decyzja. Wybieram Ciebie."

Wydaje mi się, że z biegiem czasu historia będzie zmierzała coraz bardziej w kierunku tych napisanych np. przez Panią Wilczyńską, czy Panią Michalak. Typowe kobiece czytadło na spokojny wieczór, które pozwala uwierzyć w miłość i utożsamić się z bohaterami, których zwyczajne życie, podobne jest do naszego. Właśnie to jest chyba cecha, która przyciąga nas do tego typu literatury, te książki czasem po prostu są o nas.

Ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania "Ogrodu Zuzanny" dziękuję księgarni dadada.pl, gdzie możecie przenieść się klikając w baner poniżej. Aktualnie w tę książkę kupicie tam na promocji za niecałe 25zł.



"Ślad po złamanych skrzydłach" - Sejal Badani [Recenzja #58]

Czasem trafiam na książkę, o której trudno coś napisać. Na książkę, która jest tak ważna, że nie potrafię znaleźć słów, które mogą wyrazić to, jak mnie ona poruszyła. Dzisiaj właśnie o takiej książce, o książce, po którą sięgnąć musicie.

Sonya, Trisha i Marin to trzy siostry, których drogi ponownie przecinają się nad łóżkiem nieprzytomnego ojca. Każda z nich ukształtowała swoje życie w inny sposób, Sonya szukała swojego miejsca na świecie, uciekając przed demonami przeszłości, Trisha odnalazła się w perfekcyjnym domu, a Marin założyła rodzinę i skupiła się na karierze zawodowej. Obserwując ojca, muszą zmierzyć się z mrocznymi wspomnieniami, ale co jeśli to właśnie najbliższy im mężczyzna był sprawcą ich koszmaru?

"Kiedy twoje życie jest mroczną dziurą, wierzysz, że wszystko mija bez żadnego wpływu na ciebie. To, że rozpacz mojej siostry sprawia, że chcę się położyć i płakać, daje mi do zrozumienia, że nie jestem tak bezwartościowa, jak myślałam. Może ojciec nie zabrał mi wszystkiego."

Czytając opis na okładce, umknęły mi słowa "sprawca okrutnej przemocy". Kiedy zaczęłam czytać, myślałam, że będzie to lekka i niewymagająca historia. Jak bardzo myliłam się odnośnie tej powieści. Przemoc domowa to temat bardzo trudny. Jak opisać ten problem, aby nie przekroczyć granicy dobrego smaku, zrobić to dosadnie, ale nadal subtelnie?

Sejal Bandi przedstawia nam 4 bardzo silne bohaterki, każda z nich z mocnym odrębnym charakterem. Nie da się nie podziwiać kobiet przedstawionych w tej książce, ale moją uwagę szczególnie przykłuła postać Marin, perfekcjonistki, która w pracy odnajduje sposób na zapomnienie, a przez to jej relacje z nastoletnią córką pozostawiają wiele do życzenia. Ze wszystkich kobiet to ona najskrzętniej ukrywa swoje emocje i sprawia wrażenie najsilniejszej, chociaż wewnętrze również toczy walkę z przeszłością.

"Zrobiła to dlatego, że nie wierzyła, by córka pokochała ją taką, jaką jest, bez maski, którą stworzyła. Marin nie kochała swojego prawdziwego ja wystarczająco mocno, aby uwierzyć, że ktoś inny ją pokocha."

Mam bardzo duży problem z napisaniem czegoś o tej książce. Rozmiary problemu opisanego w powieści są wielkie, a mówienie o nim nadal jest trudne. Autorka genialnie opisuje uczucia, które ktłują się w głowach ofiar przemocy domowej i chociaż nikt, kogo ten problem nie dotknął, nie może zrozumieć tych kobiet, to i tak Sejal Bandi nas do tego przybliża. Budzi empatię, wstrząsa nie przekraczając granicy oraz ukazuje problem takim, jakim jest.

"Ślad po złamanych skrzydłach" to tak poruszająca książka, że nawet teraz, pisząc to, nie mogę się otrząsnąć. Jestem pewna, że historia wykreowana przez tę pisarkę zostanie w mojej głowie na długo i nie da o sobie zapomnieć. To książka, którą będę polecać każdemu, książka, którą każdy przeczytać powinien. Mam nadzieję, że i na Waszych półkach niedługo się pojawi, ponieważ dawno żadna książka nie wzruszyła mnie w ten sposób.

Ocena:9/10

Za możliwość przeczytania tej wyjątkowej powieści dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Liczba stron: 485
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Barbara Kardel-Piotrowska

"Lab girl" - Hope Jahren [Recenzja #57]

Gdybyście zapytali mi się, jaka jest moja ulubiona autobiografia, nie miałabym zbyt dużego wyboru, ponieważ nie mogę sobie przypomnieć żadnej. Wydaje mi się, że zawsze nieświadomie unikałam takich książek. Sięgałam po biografie, ale nigdy po autobiografie. Dzisiaj nadszedł czas na spróbowanie czegoś nowego i odświeżenie mojej domowej biblioteczki.

Hope Jahren to wielokrotnie nagradzana biolożka, która specjalizuje się w paleontologii. Odkąd pamięta bawiła się w laboratorium ojca i obserwowała przyrodę. Z czasem wraz z przyjacielem Billem zupełnie poświęciła swoje życie badaniom. Z zamiłowaniem opowiada o roślinach i o kulisach pracy naukowców, w sposób taki, że będziecie chcieli więcej, i więcej.

"Nigdy nie przestanę mieć wilczego apetytu na naukę, bez względu na to, jak bardzo go ona karmi."

Od pierwszych stron zdziwiona byłam swoim zainteresowaniem tą książką. Nigdy nie byłam zafascynowana biologią, przyrodę jedynie podziwiałam, nie mając o niej zielonego pojęcia. Nie byłam pewna, czy Hope Jahren nie zarzuci mnie terminami, których nie znam i nie zanudzi swoimi opowieściami o drzewach. Okazało się jednak, że wszystko może być ciekawe, jeśli autor pisze o tym z prawdziwą pasją.

"Miłość i nauka są do siebie podobne pod tym względem, że nigdy nie idą na zmarnowanie."

Autorka długi czas pisała do szuflady, "Lab girl" to jej wydawniczy debiut i nie mogę się nadziwić, jak cudownym stylem pisze, jak prostymi słowami objaśnia abstrakcyjnie trudne dla mnie procesy zachodzące w przyrodzie. Jej miłość do nauki widać w każdych kolejnych słowach.

Nie da się też nie wspomnieć o przecudownym Billu, który pojawia się w książce. Przezabawny, wierny przyjaciel i genialny naukowiec, przedstawiony tak, że nie da się go nie pokochać. Razem z naszą główną bohaterką tworzą parę, której wręcz trzeba kibicować i brnąć w świat nauki wspólnie z nimi.

"Każdy początek to koniec czekania. Każdy z nas ma jedną szansę na tym świecie. Każdy z nas jest jednocześnie czymś niemożliwym i nieuchronnym. Każde w pełni rozwinięte drzewo było najpierw nasionkiem, które czekało."

Hope Jahren wprowadziła mnie w świat, o którym nie miałam pojęcia, w sposób tak fascynujący, że chciałabym, aby opowiadała mi więcej i mam nadzieję, że jeszcze nie raz zobaczę jej nazwisko na okładce książki, i kolejny raz zachwycę się jej stylem.

Ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Edyta Świerczyńska
Liczba stron: 432



Temat tabu, czyli "Żałując macierzyństwa" - Orna Donath [Recenzja #56]

Tytuł tabu, minimalistyczna, ale przyciągająca wzrok okładka, kontrowersyjny temat i prawdziwe świadectwa kobiet. To wszystko wręcz sprowokowało mnie do sięgnięcia po tę pozycję. Tym razem naprawdę mam nadzieję, że również na Was te czynniki zadziałają i książka pojawi się w Waszych biblioteczkach.

"Żałując macierzyństwo" to książka o niezbyt przewrotnym tytule, a raczej bardzo bezpośrednim, ponieważ mówi właśnie o kobietach, które swojego macierzyństwa żałują. Bycie matką w kulturze stało się właściwie częścią bycia kobietą. Socjolog Orna Donath spotyka się z kobietami, które postanawiają opowiedzieć jej o swoich doświadczeniach, o kobietach, dla których macierzyństwo nie jest spełnieniem marzeń, ale koszmarów. Jak radzą sobie w świecie pełnym potępienia, osamotnione w swoim uczuciu? Jak wychowują swoje dzieci i co zrobiłyby gdyby mogły przeżyć swoje życie na nowo?

"Jest taka powszechna prawda, takie założenie, że my wszystkie chcemy mieć dzieci i nie będziemy szczęśliwe, jeśli nie będziemy ich miały. (...) Mam troje dzieci. To nie jest łatwe. Istnieje silna dychotomia między treściami przekazywanymi przez społeczeństwo a Twoimi uczuciami."

Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o opinię na temat macierzyństwa to należę do większości. Zawsze wydawało mi się, że bycie matką jest częścią kobiecości i dla każdej kobiety powinien przyjść czas na podjęcie takiej decyzji. Nie rozumiałam, jak widząc malutkie stworzenie, można powiedzieć: "żałuję macierzyństwa". W dzisiejszym społeczeństwie wypowiedzenie takich słów, jest traktowane niczym przestępstwo, ale czy da się to zrozumieć?

Orna Donath przywołuje historie różnych kobiet. Kobiet, które zdecydowały się na macierzyństwo z różnych powodów, kobiet w różnym wieku i z różnymi doświadczeniami. Każda z nich deklaruje, że gdyby mogła cofnąć czas, matką by nie została. Mówią szczerze i bardzo osobiście o tym, jak radzą sobie z wychowaniem swoich dzieci. O tym jak wolałyby dzieci nie mieć, ale jak swoje potomstwo kochają.

"Było mi ciężko powiedzieć, że posaidanie dzieci było błędem... Że w ostatecznym rozrachunku jest to dla mnie jedno wielkie obciążenie. Dużo czasu zajęło mi, zanim byłam zdolna powiedzieć te słowa. Myślałam, że skoro mówię coś takiego, to ludzie pomyślą, że jestem szalona. Dziś jest tak samo..."

Orna Donath podchodzi do kontrowesyjnego tematu bardzo profesjonalnie. Podoba mi się to w jaki subtelny, ale zarazem dosadny sposób mówi o kobietach, które spotkała. Wydaje mi się, że każdy kto choć raz ocenił jakąś matkę, powinien przeczytać tą powieść i spojrzeć na tę sprawę z innej perspektywy. Autorka uświadamia, jaką presję społeczeństwo wywiera na kobiety i jak oddziałuje to na ich życie.

Podsumowując, wydaje mi się, że ten temat nadal jest omijany, nadal nie jest powszechny i mimo tego, że wiele matek odczuwa to cierpienie, to mówienie o tym nadal jest wielkim tabu. Sądzę, że jest to pozycja, która racjonalnie pozwala spojrzeć na sytuację kobiet i zrozumieć ich problem. Absolutne "must read", które powinno znaleźć się na Waszych półkach.

Ocena:7/10

Za możliwość spojrzenia na macierzyństwo z innej perspektywy dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu

Tłumaczenie: Elżbieta Filipow
Liczba stron: 312
Wydawnictwo: Kobiece


PRZEDPREMIEROWO: "Słowo i miecz" - Amy Harmon [Recenzja #55]

Kiedy usłyszałam o nowej książce Amy Harmon, nie mogłam się oprzeć, aby jej nie przeczytać. Wcześniej nigdy nie zawiodłam się na jej cudownym stylu i zdolności do opowiadania poruszających, życiowych historii. Tym razem autorka spróbowała czegoś innego, jeśli tak jak ja jesteście ciekawi, jak sobie poradziła, to zapraszam najpierw do przeczytania recenzji, a potem oczywiście samej powieści.

Lady Lark odziedziczyła po swojej matce Dar używania słów. Jednak żyje w świecie, w którym ludzie z nadprzyrodzonymi zdolnościami mogą zostać skazani na śmierć. Kiedy matka Lark ginie, jej córka żyje niczym w klatce. Z nikim nie rozmawia, porozumiewa się wyłącznie gestami. Do kraju nadchodzi wojna, czy zdolności Lark wyjdą na jaw?

"Może tajemnicą szczęścia jest prostota?"

Przeczytałam wszystkie książki Amy Harmon, które zostały wydane w Polsce, poprzednimi trzema byłam dosłownie zachwycona, ale tym razem mam bardzo mieszane uczucia. Wydaje mi się, że autorka nie do końca odnajduje się w innym gatunku, ale doceniam, że postanowiła spróbować czegoś nowego i podjąć się takiego wyzwania. Jednak ja nadal pozostanę fanką wyłącznie "obyczajowej" Pani Harmon.

Bardzo podoba mi się sam zamysł nadania słowom cech nadprzyrodzonych. Sama naprawdę lubię zabawę słowem i kiedy przeczytałam, jaką mocą dysponuje nasza główna bohaterka, zachwyciłam się i liczyłam na coś wyjątkowego. Niestety, sam pomysł był ciekawy, ale wydaje mi się, że można podejść do tego motywu w o wiele ciekawszy sposób.

"Lord Corvyn był słaby, ale nie miał w sobie zła, chociaż zastanawiałam się, czy słabość nie jest równie niebezpieczna, skoro pozwala rozkwitać złu."

Początkowo miałam spory problem z wejściem w świat wykreowany przez autorkę. Nie mogłam polubić bohaterów i odnaleźć się w fabule, kiedy jednak akcja zaczęła się rozpędzać stopniowo wciągałam się w treść, mimo to do końca nie dobrnęłam z zapartym tchem, a wyłącznie z lekkim zaciekawieniem.

Podsumowując, wydaje mi się, że Amy Harmon o wiele lepiej odnajduje się w powieściach obyczajowych. Opisywanie relacji między ludźmi wychodzi jej znakomicie, ale jeśli chodzi o kreowanie nowych królestw, magii i rycerzy nie jestem przekonana. Sądzę jednak, że każdy sam powinien sprawdzić, czy może w środku nie kryją się słowa, które Was oczarują.

Ocena:5/10

Za możliwość poznania nowych słów Amy Harmon dziękuję wydawnictwu Editio.
Seria wydawnicza: Editio Purple
Tłumaczenie: Marcin Machnik
Liczba stron: 296
Premiera: 20.02.2018r.

"Wszystko, czego pragniemy" - Marybeth Mayhew Whalen [Recenzja #54]

Z wydawnictwem Editio współpracuję już od dłuższego czasu. Jednak tym razem pierwszy raz miałam przyjemność przeczytania książki z serii wydawniczej Editioblue. Długo czekałam na serię z obyczajówkami, które nie będą kierowane wyłącznie dla młodszych czytelników, ale czy ta książka nie ostudziła mojego zapału?

"Wszystko, czego pragniemy" to opowieść o małym miasteczku, w którym życie towarzyskie toczy się wokół miejskiego basenu. Narratorami są kolejni mieszkańcy, którzy starają się uciec od swojej przeszłości i odnaleźć swoje miejsce w Jaworowej Dolinie. Czy jednak w miejscowości, w której każdy zna każdego jest miejsce na prywatność, miłość i czy wszyscy na pewno tworzą jedną wielką rodzinę, jak głosi napis nad basenem? Niebawem w miejscowości ma miejsce wypadek, który może podzielić lub zjednoczyć małą społeczność.

"Mam nadzieję, że to,
w co kiedyś baliście się zanurzyć,
dziś już Was nie przeraża."

W Jaworowej Dolinie życie toczy się powoli, nie spodziewajcie się natłoku kolejnych wydarzeń i twistów fabularnych. Autorka głównie skupia się na relacjach między ludźmi, na ich lękach, pragnieniach, mniejszych i większych tajemnicach. Bohaterowie jednak dają się lubić, właśnie dzięki swojej normalności. Łatwo zrozumieć ich problemy oraz kolejne wybory.

Marybeth Mayhew Whalen mówi o problemie bardzo powszechnym, a jednak rzadko poruszany w literaturze. Odnalezienie się w niewielkiej społeczności nie jest najprostszym zadaniem, tym bardziej, jeśli ciągną się za nami niedokończone sprawy i niedomówienia. Nie mamy tutaj określonego głównego bohatera, nie wiemy, komu kibicować i sami wybieramy wątek, który interesuje nas najbardziej. Właśnie to określiłabym jako największą zaletę tej książki. Każdy z nas może skupić swoją uwagę na innej osobie i odebrać całą historię inaczej.

Podsumowując sądzę, że "Wszystko, czego pragniemy" to dobra obyczajówka, ale nie jestem pewna, czy zostanie ze mną na dłużej. Momentami zbyt zwyczajna, ale z dobrym i mądrym zakończeniem. Być może nie wyróżnia się szczególnie spośród innych książek tego gatunku, ale mam wrażenie, że nieraz ją komuś polecę.

Ocena:6/10

Seria wydawnicza: Editioblue
Liczba stron: 296
Tłumaczenie: Olga Kwiecień

Za możliwość poznania mieszkańców Jaworowej Doliny dziękuję wydawnictwu Editio.

Czy wszystkie wyzwania książkowe są (nie)fajne?

Zaczęliśmy Nowy Rok, w internecie wielokrotnie natrafiam teraz na przeróżne wyzwania książkowe i również przeróżne opinie na ich temat. Czytam coraz częściej o tym, że podjęcie tych wyzwań to zmuszanie się do książek. Co ja o tym wszystkim sądzę? Dzisiaj postaram się Wam polecić kilka wyzwań, ale kilka też odradzić.

O co w ogóle chodzi?

Większość z nas lubi w życiu podejmować wyzwania, mieć określony cel. Potrzebujemy jakiejś motywacji, tzw. "kopa do działania". Również w świecie literatury czasem szukamy czegoś takiego. Mnożą się wyzwania typu: dziennie będę czytał ileś tam minut, przeczytam w roku ileś książek, przeczytam tyle książek, ile mam wzrostu. Niektórzy mówią o tym, że wzięcie udziału w tej zabawie to zmuszanie się do czytelnictwa i jeden wielki wyścig, kto potrafi przeczytać więcej, a kto mniej. Według mnie są wyzwania, które napędzają cały ten wyścig szczurów, ale są też takie, które rozszerzają nasze horyzonty. Dzisiaj napiszę Wam, których wyzwań ja unikam, a w których biorę udział.

Jakie wyzwania są dla mnie niefajne?

Nie podobają mi się wyzwania, które nakazują nam czytać przez określony czas w ciągu dnia. Niestety, jesteśmy tylko ludźmi i nie w każdy dzień możemy przeznaczyć czas na czytanie. Natłok obowiązków, sesja, a nawet nasze inne zainteresowania często zabierają więcej czasu niż przewidujemy. Nie jesteśmy w stanie zaplanować wszystkiego, więc nie zawsze dajemy radę wygospodarować kilkadziesiąt minut na chwilę oddechu z książką.

W jakich wyzwaniach chętnie biorę udział?

Każdy z nas chyba słyszał o wyzwaniu z 52 książkami. Co roku staram się wziąć w nim udział, ale niestety nie udaje mi się to w każdym roku. Czasem czytam grubaśne księgi, które zabierają mi dwa tygodnie, a czasem cieniutkie nowelki, albo opowiadania, więc nie zawsze wynik jest adekwatny do przeczytanych stron. Jednak podoba mi się idea czytania jednej książki tygodniowo. Szczególnie dlatego, że pozwala mi to napisać dla Was jedną recenzję w tygodniu.

Mam jednak jedno swoje ulubione wyzwanie:
Znalezione obrazy dla zapytania wyzwanie książkowe
Sądzę, że to wyzwanie pozwala mi przeczytać książki, po które normalnie nie sięgnęłabym nigdy. Poszerzają moje horyzonty i nakłaniają mnie do poznawania coraz to nowych autorów, tytułów, a nawet gatunków. Sądzę, że każdy powinien kiedyś podjąć się takiego wyzwania, żeby pozwolić sobie na coś świeżego w swojej biblioteczce.

To tylko zabawa!

Być może nie wszystkie wyzwania są sensowne, ale nie ma tutaj niczego do demonizowania. Wydaje mi się, że to wszystko ma tylko służyć zabawie. Humorystyczne wyzwania, które mówią np.: Przeczytaj tyle, ile ważysz., nie mają w sobie nic złego, nie napędzają wyścigów, ale raczej rozgłaśniają czytelnictwo i dają luzu. Skoro nasza społeczność jest uważana za tą przemądrzałą, to może czas wyciągnąć "kijek z tyłka" i pozwolić sobie na odrobinę zabawy?

Koniecznie napiszcie mi o tym, co wy sądzicie na temat różnych wyzwań książkowych. Dzielmy się opinią <3

"Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie" - Janusz Leon Wiśniewski [Recenzja #53]

W naszym życiu jedni ludzie się pojawiają, a inni znikają. Niektórych tylko zapamiętujemy najdłużej, wpuszczamy ich do naszego serca i odnajdują tam sobie miejsce na dłuższy lub krótszy okres. Z biegiem czasu bliscy się zmieniają, ale jednak pozostawiają w naszym sercu pieczęć niezmywalną. Co jeśli nadejdzie moment podsumowań? 

Ranił, łamał serca, wielokrotnie zdradzał, ale też ogromnie kochał. Jednak, kiedy ocierał się o śmierć wszystkie usiadły przy jego łóżku. Główny bohater książki Janusza Leona Wiśniewskiego budzi się z półrocznej śpiączki. Okazuje się, że w klinice odwiedziły go różne kobiety. Wciąż tkwiący w szpitalu mężczyzna rozpoczyna retrospekcje i wspomnieniami wraca do wszystkich swoich dotychczasowych ukochanych, powoli analizując, jaki wpływ wywarł on na ich życie oraz jak one wpłynęły na jego aktualne życie.

"Samotność wcale nie zaczyna się od tego, że nagle nikt nie czeka na ciebie w domu.
Samotność zaczyna się wówczas, kiedy pierwszy raz odczujesz pragnienie, aby czekał tam na ciebie ktoś zupełnie inny..."

"Wszystkie moje kobiety" to książka, która ukazuje nieprzewidywalność ludzkich uczyć. Miłość, jako najsilniejsza z emocji zmienia nasze życie nieodwracalne, a przecież możemy przeżywać ją kilkukrotnie, jednostronnie, zdecydowanie zbyt krótko. Kiedy przychodzi czas podsumowań, musimy pod wszystkim postawić kreskę i zastanowić się za co jesteśmy wdzięczni i czy nie mamy jeszcze spraw niedokończonych.

Kobiet w książce poznajemy sporo, jedne z nich mniej charakterystyczne inne bardziej. Jednak jak w każdej powieści, tak i tutaj znalazłam swoją ulubioną bohaterkę. Natalia, autor opisuje ją jako idealną osobę do dysput filozoficznych. Kobieta ze wszystkich najodważniejsza, otwarcie mówi, co myśli i mimo, że poddaje się naszemu bohaterowi to nadal pozostaje w pewien sposób niezależna. 

"Zachłysnął się wolnością i nie chciał odstąpić nikomu ani jej kawałka. Bycie z kimś zawsze wiąże się z kompromisem czyli tak naprawdę z rezygnacją z części swojej wolności."

Nie mogę się oprzeć, aby nie wspomnieć o pewnym detalu. Część z Was pewnie już wie co mam na myśli, ale musicie przyznać, że ta książka prezentuje się wprost fenomenalnie. Naprawdę cudowna, stonowana okładka, na której nie dzieje się nic szczególnego, ale jednak przykuwa uwagę. Więcej takich okładek poproszę!

Niestety całości nie czyta się lekko, długie opisy, mała liczba dialogów, częste wspominanie o nauce i naukowych terminach. Historia jest również rozciągnięta na 500 stron, a według mnie 300 byłoby wystarczające. Przez to wszystko moją ocenę książki postanowiłam znacznie obniżyć

"Trudno żyć z niewyrażoną wdzięcznością. Trudniej niż z niewyspowiadanym grzechem."

Warto też zastanowić się, ile prawdy jest w tych wszystkich historiach. Być może wszystkie te kobiety chodzą teraz gdzieś po świecie, a bohater to alter ego autora? Ja jednak polecam książkę tym, którzy chcą zastanowić się nad swoimi relacjami, powspominać z autorem i zrozumieć (Chociaż to akurat jest chyba niemożliwe) potęgę miłości.

Ocena: 6/10

Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 576



Jak naprawdę wygląda gimnazjum, czyli "Ma być czysto" - Anna Cieplak [Recenzja #52]

Książka nominowana do Paszportów Polityki, do Nagrody Literackiej im. W. Gombrowicza, a także laureat Nagrody Conrada. Co może być jeszcze większą rekomendacją niż te wszystkie tytuły? Polski debiut, który na swoim koncie ma już tyle sukcesów, dlaczego?

Julka i Oliwka to dwie przyjaciółki, które zmagają się z problemami swojego codziennego gimnazjalnego życia. Oliwka żyje ze swoim ojczymem, a przez kolejne potknięcia wplątuje się w problemy z prawem. Julka raz pomieszkuje u swojego ojca i jego partnerki, a raz u swojej matki, a sama zmaga się z ogromem kompleksów. Jak naprawdę wygląda życie w gimnazjum? Jakie są ich problemy, czy faktycznie życie młodych ludzi to ciągły seks, alkohol i dragi?

"Ogólnie Magda nie zazdrościła im wieku, bo mieć piętnaście lat to jak mieć przed sobą perspektywę przynajmniej pięciu lat uporczywych zaburzeń urojeniowych, których nie da się niczym wyleczyć. Kompleks wyrasta na kompleksie i tylko co bardziej gruboskórni nie czują się jak gówno."

Autorzy bardzo często podejmują wyzwanie wejścia w świat młodych ludzi. Próbują w jakiś sposób przedstawić problemy, z którymi borykają się piętnastolatkowie oraz chcą ukazać, co siedzi w ich głowach, jak naprawdę żyją, jak imprezują, jak kochają. Zauważyłam jednak, że nie spotkałam jeszcze książki, która pokazywałaby ten świat takim, jaki rzeczywiście jest. Sama gimnazjum skończyłam 4 lata temu, wydaje mi się, że od tamtego czasu zmieniło się niewiele, a jednak prawdy nadal nie mogę znaleźć na stronach książek. W powieściach tego typu szukam większego zagłębienia się w to, co siedzi w głowie nastolatków. To jak przyjmują większe i mniejsze problemy, w końcu wszystko wtedy wydaje się małym końcem świata, a dorośli nadal tego nie widzą.

Mimo tego, że nie wszystkie spostrzeżenia w tej książce wydają mi się trafne, a obrazy psychologiczne trochę zbyt płytkie, to rozumiem, dlaczego jest ona często wychwalana. Anna Cieplak na co dzień pracuje z młodzieża i dzięki temu znajduje się odrobinę bliżej wszystkich zawirowań w ich życiu. Zna również współczesne trendy, które krążą wśród nastolatków, a to wszystko sprawia, że cała historia jest bliższa prawdy.

"Kiedyś dzieci miały dwutygodniowe anginy, teraz mają kilkunastogodzinne biegunki. Czasy szybkie jak sraczka."

Książkę czyta się zadziwiająco szybko, razem z dziewczynami jesteśmy wrzucani w wir kolejnych wydarzeń i zastanawiamy się, kto popełnia więcej błędów, one czy dorośli wokół nich. Anna Cieplak ukazuje, że młodzi ludzie nie pożądają wyłącznie drogich ubrań, alkoholu, czy przystojnych chłopców, pragną również niezbędnego rodzinnego ciepła i poczucia przynależności.

Czy dla mnie jest to fenomen? Na razie nie udało mi się trafić na lepszą książkę o tej tematyce, nadal jednak wydaje mi się, że to jeszcze nie to, że może trzeba pozwolić młodym samym napisać o tym, co czują. Skoro szukamy prawdy o nastolatkach, to niech oni sami ją wypowiedzą. Póki co jednak, pozycję Anny Cieplak nazwałabym obowiązkową dla rodziców, którzy dotrzeć do swoich dzieci nie mogą.

Ocena: 6/10

Wydawnictwo: Krytyka Polityczna 
Liczba Stron: 232

A jakie jest Wasze zdanie o gimnazjalistach? Może czytaliście książki o podobnej tematyce? Chętnie poczytam o tym w komentarzach poniżej ;)

Moje podsumowanie roku i blogowe postanowienia noworoczne!

Dzisiaj rozpoczynamy Nowy Rok, więc chyba przeszedł czas na pewne podsumowania i kolejne postanowienia. W tym roku mam ich wyjątkowo dużo, a wszyscy wiemy jak z tymi postanowieniami bywa po pierwszych tygodniach. Mam nadzieję, że chociaż te związane z Pomiędzy Książkami uda mi się utrzymać, zapraszam!

Jeśli miałabym podsumować ten rok na moim blogu, to był on chyba o wiele bardziej płodny niż poprzedni. Oczywiście nauczyłam się wiele o tym, co robiłam źle, ale wiele spraw nadal pozostaje niepoprawionych. W takim razie, co konkretnie udało mi się zrobić?

1. Zyskałam około 13000 wyświetleń i tym samym dobiliśmy tutaj już ponad 20000!

2. Na moim blogu pojawiło się 470 komentarzy,

3. Tą stronę zaobserwowało 70 nowych osób (jeśli jeszcze tego nie robicie to zachęcam do kliknięcia w ten magiczny przycisk),

4. Założyłam stronę na facebooku, która aktualnie ma ponad 120 polubień i tutaj również zachęcam do polubienia, jeśli chcecie być na bieżąco,

5. Napisałam 26 recenzji i wiem, że to zdecydowanie zbyt mało,

6. Przeczytałam 43 książki, a 12 z nich oznaczyłam jako ulubione.

W tym roku oczywiście ambicje mam o wiele większe i mam nadzieję, że za rok w podsumowaniu pobiję wszystkie statystyki, które się tutaj pojawiły, więc na co liczę w tym roku?

1. Dobić 50000 wyświetleń na Pomiędzy Książkami,

3. Osiągnąć 500 polubień na stronie na Facebooku,

3. Przeczytać 52 książki,

4. Napisać 104 wpisy na bloga (Brzmi okrutnie nieosiągalnie),

5. Objąć patronat medialny i napisać blurba.

Mam nadzieję, że chociaż trzy punkty z tych uda mi się zrealizować, jeżeli chcecie mi pomóc w osiągnięciu mojego celu, to zapraszam do polubienia strony na Facebooku: https://www.facebook.com/pomiedzyksiazkami/, obserwowania bloga, a w komentarzach napiszcie mi o swoich postanowieniach i książkach, które na ten rok mi polecacie.

Życzę Wam szczęśliwego Nowego Roku spędzonego pomiędzy książkami! <3